Wczoraj wyruszyłyśmy na naszą pierwszą, całodzienną wycieczkę po Phuket.  Wszystkie atrakcje  zaplanowane były co do minuty, czyli tzw. nasze motorem przez muzeum. Uznałyśmy jednak, że zamiast rozdrabniać tę przyjemność na wycieczki półdniowe, obejrzymy większość za jednym zamachem. W końcu, aż tyle tego tu nie ma 🙂

O godz. 8.00 rano zajechał po nas zgrabny busik z uroczą przewodniczką, mówiącą bardzo ładnym angielskim (!) i resztą załogi. Po drodze zbieraliśmy komplet turystów, którzy tak jak i my, postanowili coś jeszcze zobaczyć poza plażą. Pierwszym punktem naszej podróży był ponownie punkt widokowy zwany tym razem Kata View Point. Podobnie jak za pierwszym razem, widać było panoramę zachodniej strony wyspy.

Z punktu widokowego zawieziono nas do czegoś, co się nazywa Mini Phuket Zoo Safari. Czekały tu na nas podobno interesujące atrakcje. Po całym pobycie w tym miejscu wyszło na to, że oprócz momentów obcowania ze słoniami, cała reszta była raczej smutna i żałosna.

Pierwszą atrakcją miała być zabawa i zdjęcia z młodym słoniątkiem, opanowana jak się okazało przez Chińczyków albo Japończyków (doszłam do wniosku, że ich nie odróżniam), więc pozostawało jedynie zrobienie sobie zdjęcia na tle tego małego zwierzęcia i ewentualne pogłaskanie go po trąbię, którą udało mu się wysunąć w kierunku pozostałej publiczości. Możliwość dopchania się do procesu karmienia go i bycia obejmowanym za szyję kosztowała 100 THB, ale i w tym względzie „żółte ludziki” były lepsze, bo one muszą mieć wszystko uwiecznione na tych swoich wysięgnikowych aparacikach. Dlatego też, zadowoliłyśmy się z Ewą jedynie zdjęciami na tle 🙂

Po słoniku można było pogłaskać nieszczęśliwe, małe małpiatki umieszczone w otwartych klatkach i przytwierdzone do nich łańcuszkami. Smutny widok i żal serce ściskał patrząc na ich niewolę. Jedna z nich usiadła mi na ręku a potem przytuliła do mnie i nie można jej było ode mnie oderwać. Okropność. Najchętniej to bym ją z tego łańcuszka odłączyła i zabrała ze sobą.

Coś, co w planie wycieczki zostało nazwane mini farmą orchidei, nie zasługiwało chyba nawet na słowo mini. Cztery czy pięć krzaków storczyków, z których dwa czy trzy miały jakieś kwiaty. Myślę, że zarówno Ewy jak i moja działka są przy niej po prostu ogrodami botanicznymi 🙂

img_20161207_092309

Ale to nie koniec żenujących atrakcji – pokazano nam jeszcze show małp i show węży. Obydwa występy, zwłaszcza małp sprawiły przykre wrażenie. Żal było na biedne małpy patrzeć. Pokazywały ubogie sztuczki, natomiast z pewnością przechodziły niemiłą tresurę.

img_20161207_093428

Jeśli zaś chodzi o węże, to przypuszczam, że od dawna pozbawione były swoich jadowitych właściwości i pokazy z kobrą i jakimś innym gatunkiem nie robiły specjalnego wrażenia. Węże sobie posyczały, panowie sobie od nich poodskakiwali i jedyną atrakcją dla mnie było przytrzymanie na sobie pytona i sprawdzenie, jakie jest to zwierzątko w dotyku. Miłe, suche, ciepłe. Trochę ciężkie i za szybko próbuje się owinąć dookoła człowieka 🙂  Ewa, nie przepadając za tymi zwięrzątkami, z daleka uwieczniała mnie na zdjęciach.

No i w końcu dotarłyśmy do ostatniej atrakcji, jaką była jazda na słoniu. To faktycznie było przeżycie, chociażby z punktu widzenia wysokości i, jak to mówiła Ewa, gibania się i wytrząsania po przewidzianych do tego wertepach. Droga słonia prowadziła wąską ścieżką w górę i w dół, zapewne po to, aby spotęgować wrażenia. Powiem szczerze, że dzięki Ewie ubawiłam się nieprawdopodobnie, gdyż jej komentarze, jakie towarzyszyły nam przez całą drogę doprowadzały mnie i chyba naszego „drivera” do łez. Ponieważ nasz opiekun, zupełnie nie zwracał uwagi na swojego słonia, dłubiąc po drodze jakieś koraliki i trudno było powiedzieć, czy generalnie nim jakoś kieruje czy nie, komentarze Ewy w stylu: patrz na drogę człowieku, lukaj na tego słonia, dlaczego tu nie ma kasków, co Ty tam robisz człowieku, dlaczego ten słoń nie idzie jak inne i dlaczego on idzie tak blisko przepaści i kurde jak on trzęsie, wywoływały huragany śmiechu i powodowały, że był to ze wszystkich maszerujących słoni, najweselszy „autobus” :). Wisienką na tym torcie był wydany po polsku nakaz Ewy skierowany do Taja, który miał nam pomóc się z tego słonia wysupłać: weź przysuń tego słonia !!! Nie wiem, czy Taj zrozumiał, ale słonia przysunął i udało nam się z niego wysiąść 🙂

Niestety nie mogę umieszczać tu filmów, a one najbardziej oddałyby atmosferę tej krótkiej podróży 🙂

Kiedy wsiadaliśmy do busika, wychodziło na to, że pięć atrakcji załatwiliśmy za jednym podejściem. Analizując ich jakość, zastanawiałam się, na ile koszt tej wycieczki okaże się być zbyt wysoki (tak naprawdę, to za tyle atrakcji nie był on zbyt wysoki od samego początku). No, ale później już było coraz lepiej. Następną atrakcją był Wielki Budda (Big Buddha), statua wysoka na 45 metrów, usytuowana na największym wzgórzu Nakkerd Hills i widoczna z wielu punktów południowej części Phuket. Większość pomnika została skonstruowana w 2004 roku, ale całość w dalszym ciągu podlega budowie. Z tego miejsca rozciąga się także piękny widok na Chalong Bay.

img_20161207_112258

Mile zaskoczył nas lunch w postaci bufetu i ogromnej możliwości dokonania wyboru dań. I wszystko było naprawdę smaczne, co spowodowało, że humory nam się polepszyły.

Po lunchu zwiedzanie dwóch świątyń różniących się od siebie rozmachem choć podobnych przepychem: Chalong Temple i China Temple.

Chalong Temple to kompleks świątyń – tej, którą się przede wszystkim zwiedza, tej, do której mogą jedynie wejść buddyści i tej, w której modlić się mogą wszyscy. Co ciekawsze, można tam wejść z uprzednio zakupioną wiązką kwiatów, w pozycji siedzącej wypowiedzieć cichutko swoje największe życzenie, a jeśli nawet po latach się ono spełni, należy tu wrócić i zapalić kadzidełko.

China Temple jest skromniejsza w swojej postaci, aczkolwiek obecna struktura budowlana kryje w sobie resztki świątyni zbudowanej ponad sto lat temu.

Obydwie świątynie łączy ogromna ilość złotego i czerwonego koloru 🙂

Po zmęczeniu oczu blaskiem złota i czerwieni będących oznaką przepychu świątyń, ponowna możliwość napawania się nie tylko różnymi odcieniami zieleni ale także popłynięcia łódką, po czymś, co nazywa się tu chyba rzeką. W końcu prowadzi do morza, to znaczy, że chyba rzeką jest. Popłynęliśmy zobaczyć lasy (to trochę za duże słowo) mangrowe. I tam miła niespodzianka – nareszcie mieliśmy okazję obserwować małpki na wolności. Spokojnie biegały po drzewach lub kokosiły się na gałęziach nad wodą. Miły przerywnik po poprzednich przeżyciach.

Czy wiecie, dlaczego orzeszki nerkowca są takie drogie? Drzewo nerkowca wydaje owoce, które kształtem przypominają lekko gruszkę. Jeden owoc posiada tylko jedno nasiono -skorupkę, która zawiera w środku orzeszek. Żeby zjeść 10 orzeszków nerkowca trzeba urwać 10 takich gruszek. Ale to nie koniec. Po wstępnej obróbce nasion, każdego jednego nerkowca wydobywa się z jego skorupki ręcznie !!!!  Nasiona nerkowca mają różne kształty i dlatego nie można poddawać ich obróbce automatycznej, gdyż maszyny robiłyby z nich często sieczkę. Dlatego przy czymś, co przypomina trochę kształtem maszynę do szycia, a tak naprawdę jest ręcznym dziadkiem do orzechów, siedzi człowiek i rozłupuje każde nasiono, wydobywając z niego już naszego ulubionego orzeszka. Myślicie, że to już? Nie, potem inny człowiek ręcznie obiera z niego skórkę i dopiero teraz można go zacząć przetwarzać na różnego rodzaju przysmaki: w miodzie, z wasabi, z czekoladą, z chilli, cebulą, czosnkiem i na wiele jeszcze innych sposobów. I dlatego, kupując nerkowce, płacimy tak naprawdę za ciężką i mało płatną pracę, w większości tajskich kobiet. W przyfabrycznym sklepiku można było próbować nerkowce we wszystkich smakach i zrobić ewentualnie zakupy. Oczywiście wykorzystałyśmy z Ewą tę okazję 🙂

img_20161207_150157

A potem pojechaliśmy do wytwórni biżuterii i mieszczącego się tam sklepu z pamiątkami. Ci, co mnie znają, mogą się domyślać, że dla mnie był to najtrudniejszy etap tej wędrówki. Setki pierścionków, bransoletek, naszyjników wysadzanych tutejszymi, szlechetnymi kamieniami – rubiny, szafiry, perły i diamenty w połączeniu ze srebrem, białym i żółtym złotem. Każdą osobę z wycieczki holowało co najmniej dwie osoby z tutejszego personelu – częściowo mając z pewnością na celu ochronę swoich skarbów a częściowo w celu namówienia biednego turysty do zrobienia zakupów. Dla kogoś takiego jak ja – katorga. Nie wiadomo było, na czym oczy zawiesić. Panie z dziką radością wyciągały co ładniejsze sztuki do przymierzenia i z uroczym uśmiechem twierdziły, że jeśli się zdecyduję, to menedżer z pewnością da mi duży rabat. I faktycznie, z 16.500 THB schodziły nawet do 15.000 🙂 Na szczęście ceny ostudziły mi trochę głowę, ale wybiegłam stamtąd prawie z krzykiem. Nic nie kupiłam i z ulgą odetchnęłam w busie. Byłam z siebie dumna 🙂

Zdjęć z tego miejsca nie ma, ponieważ był zakaz fotografowania. I dobrze 🙂

A potem ostatnia i powiem szczerze najsympatyczniejsza część tej wycieczki – nareszcie możliwość speceru wśród zieleni czyli dojście do tutejszego wodospadu Bang Pae. Oczywiście trudno go porównać do znanych wodospadów ale miejsce urocze. Dwudziestominutowy spacer pod górę dobrze nam zrobił. Tutaj też umiejscowiony jest Projekt Rehabilitacji Gibonów, będący oddziałem Tajlandzkiej Fundacji Uwalniania Dzikich Zwierząt. Do tego miejsca przywożone są znalezione w trudnych, miejskich warunkach gibony, gdzie na nowo przystosowywuje się je do życia w naturalnych warunkach czyli w dżungli. Ciężka praca oparta w większości na zaangażowaniu woluntraiuszy z całego świata. Pomyślałam sobie, że chciałabym w tym projekcie wziąć udział.

W drodze powrotnej żegnał nas wspaniały zachód słońca nad morzem. W sumie zmęczone ale zadowolone wróciłyśmy do hotelu.