W czwartek przyszła wiadomość od Q, że w sobotę wyruszamy razem na obiecaną wycieczkę na wyspę Koh Yao Noi. Początkowa wersja jednodniowa zamienia się na dwudniową. Razem z nami mają płynąć także jej współpracownicy z firmy. Plan wycieczki kompletnie nieznany. Mamy zabrać trochę swoich rzeczy i do końca nie wiadomo tak naprawdę co będzie potrzebne. Plecaki zapakowane na tzw. czuja, dają się później trochę we znaki. Część rzeczy okazała się być potem niepotrzebna 🙂
W sobotę rano wyruszamy o 8.15 z hotelu. Jedziemy do portu, w którym wsiadamy na coś, co stanowi publiczny, morski środek transportu i ma przypominać dużą łódź motorową. Cena biletu to 200 THB. Na łódź zabiera się ok. 35 pasażerów.
Łódź była z tych, co to jak mówi Ewa, silnik mają na drucie i oczywiście nie obyło się bez nutki niepokoju. Jednemu z silników najwyraźniej coś dolegało i dwa razy w czasie 40-to minutowej podróży, łódź zatrzymywała się na środku morza, ponieważ tenże silnik odmawiał posłuszeństwa. Po szturchaniu go przez załoganta, z wysiłkiem zaczynał na nowo warczeć. Ewa miała pretensje, że nie była wezwana na początku policja w celu sprawdzenia stanu technicznego tego sprzętu 🙂 Niepokoił ją także widoczny brak większej ilości kapoków. Widząc jednak spokój na twarzach tubylców, uznałyśmy, że najwyraźniej takie rzeczy się tu zdarzają i że nie ma się czym przejmować.
Na przystani, do której w końcu dotarliśmy, czekał na nas kierowca w czymś co przypomina trochę tuk-tuka aczkolwiek tu się ten pojazd nazywa Pa Tong i jest bardziej terenową odmianą swojego miejskiego kolegi. Pełni on tu rolę lokalnego środka transportu. Po załadowaniu się w niego ruszyliśmy w nieznane.
Droga prowadziła nareszcie przez wiejskie krajobrazy. Po bokach pokazały się pola ryżowe, na których widać było poruszające się dostojnym krokiem buffalo. Poczułam jak rośnie we mnie radość z przebywania nareszcie blisko prawdziwej natury.
I pierwszy przystanek. Wysiadamy w miejscu, w którym widzimy domy na palach. Ziemię tworzy właściwie dziwne błoto, w którym, jak się póżniej okazuje, rozgrywa się cały czas jakieś życie. Widać w nim spacerujące małe rybki (!), biegające krabiki, wodne ptaki. Generalnie sam wygląd lekko odstraszający. Na drewnianych palach umieszczone są całkiem spore domki i restauracje.
Do jednej z nich idziemy na wczesny lunch. Na stole pojawiły się ryby, gotowane wodorosty, omlety, zupa z nie wiadomo czego i oczywiście ryż. Do tego sosy, których naprawdę niewielka ilość wypalała gardło do cna i odbierała oddech. Wszystko tutejsze, świeże i trochę inne w smaku niż na Phuket.
A po lunchu znowu wsiadamy w Pa Tonga i jak się okazuje jedziemy do przystani, aczkolwiek z drugiej strony wyspy. Wsiadamy na krypę. A potem już tylko najwspanialsze widoki wody, mijanych wysepek, radość z obcowania z cudami natury.
Przede wszystkim płyniemy na wysepkę przypominającą raczej ogromną piaskową łachę. Musimy zobaczyć ją, zanim zacznie się przypływ. Tutaj znajdziemy setki wędrujących małych krabików, choć trafiają się także trochę większe. Jest po prostu wspaniale. Wysadzeni na piasek, filmujemy wszyscy te wędrówki i robimy zdjęcia. Pełnia szczęścia 🙂
Na naszych oczach zaczyna się lekki przypływ. Za kilka godzin tej łachy nie będzie widać. Ruszamy w dalszą podróż. Po drodze nowe widoki.
Przybijamy do następnej wysepki z cudowną plażą. Tutaj dłuższy postój. Można popływać, posiedzieć na piasku w cieniu rosnących tu drzew, posmażyć na słońcu. Co odważniejsi mogą się wspiąć wąską i stromą ścieżką biegnącą wśród drzew na najwyższy punkt wysp, skąd rozpościera się przepiękny widok. Na plaży dziesiątki wspaniałych muszli. Oczywiście chodzę i zbieram, bo przecież muszę uzupełnić swoją domową kolekcję.
A potem niespodzianka. Płyniemy na farmę hodowli ryb. Jest to rodzaj ogromnej platformy złożonej z wielu jakby klatek zanurzonych w morzu. Okazuje się, że właściciel krypy, którą płyniemy jest także właścielem tej farmy. Przybijamy do platformy a tam już pełna radość z oglądania rozmaitych przedstawicieli morskiej fauny. Ewa w swoim żywiole. Biega od klatki do klatki i z zapartym tchem ogląda wszystkie stwory podobnie jak i każdy z nas. A w zbiornikach młode rekiny, rekin tygrysi, ogromne rozgwiazdy, nieznane mi gatunki ryb, kraby i homary. Wszystko żywe i takie prawdziwe. Jesteśmy w siódmym niebie.
Młode rekiny, rekin tygrysi i jajeczka, w których znajduje się ich maciupeńki narybek.
Rozgwiazdy, kraby, homary. Te ostatnie osiągają bardzo wysoką cenę. Kilogram homara to 3000 THB. Ewa trzymała w ręku 2 kg. Śmieliśmy się, że jest przez chwilę posiadaczką 6000 THB.
No i te dziwne gatunki ryb, a wśród nich najwspanialsza „nadmuchiwana”:) Wytrzymuje 5 minut bez wody.
Z żalem opuszczamy farmę i wyruszamy w drogę powrotną. Na przystani znowu wsiadamy do Pa Tonga. Przed nami jeszcze mała wędrówka do uroczego, tutejszego wodospadu. Następna, wspaniała chwila wytchnienia. Jesteśmy tu sami, bez tłumów, gwaru i innych turystów.
Odwozimy na przystań trójkę towarzyszących nam przyjaciół, którzy wracają do domów i już we czwórkę jedziemy dalej. Mała przekąska w knajpeczce, której właścielem jest firma Q a potem obserwowanie nieprawdopodobnego zjawiska. Jesteśmy w tym samym miejscu, w którym rano oglądaliśmy błoto pod stojącymi tu domami. Teraz obserwujemy przypływ. Morze wdziera się w ląd i wszystko znika pod wodą. I nagle się okazuje, że drzewa wyrastają prosto z morza a pod nam wszystko chlupie.
Idziemy bardzo daleko wysuniętym w morze molo oglądać zachód słońca.
Jeszcze tylko kolacja w czymś, co przypomina maleńką wioskę i w końcu lądujemy w hotelu 🙂
Noc nas cieszy szumem morza, cykaniem świerszczy, odgłosami prawdziwej natury. Rano po śniadaniu idziemy w kostiumach na plażę. Jest cała nasza, z cudowną wodą, krabami i słońcem.
Pławimy się do południa. Potem krótki spacer i niestety trzeba wracać. Żegnamy wyspę, na której pobyt sprawił nam najwięcej, jak do tej pory radości. Poczułyśmy kawałek prawdziwej Tajlandii i chyba po raz pierwszy odczułyśmy jej urok. Wracamy na Phuket tym razem już bez przygód.
A w porcie dodatkowa atrakcja. W oczekiwaniu na Beera, który poszedł po samochód obserwujemy stada żyjących tu na swobodzie małp i czytamy ostrzeżenia dotyczące pilnowania przed nimi bagażu. Porywają wszystko, co jest możliwe 🙂 Siedzą na samochodach, skuterach, chodzą pomiędzy ludźmi i pojazdami. Niczego się nie boją 🙂
Zmęczone ale zachwycone wracamy do hotelu.
