Naszej rodzinie, wszystkim przyjaciołom i znajomym, którzy dostrzegą ten post jeszcze przed Świętami, życzymy Wesołych, Zdrowych, Pogodnych Świąt oraz choć chwili spokoju i odpoczynku w gronie rodzinnym. Pozdrawiamy Was z dalekiej Tajlandii. Marry Christmas!!!
Dzisiaj coś dla tych, którzy, podobnie jak ja, doceniają uroki przyrody. Nai Yang różni się w swym obrazie od zatłoczonego, pełnego ruchliwych ulic, knajp, gabinetów masaży, straganów i masy turystów Patongu. Przede wszystkim jest to miejsce normalnego życia Tajów, gdzie turystyka jest jakby dodatkiem a nie motorem i głównym kierunkiem działania tutejszych mieszkańców. Na ulicach widać tu więcej tubylców a turyści nie grają pierwszych skrzypiec. Spotyka się tu małe osiedla ładnych i zadbanych domków aczkolwiek nie brakuje także małych lepianek, wokół których teren przypomina wysypisko śmieci.
Psy i koty żyją tu w dużej ilości i w wielkiej symbiozie. I wolno im wszystko 🙂

Wcześniej wspominałam już o tym, że nasza droga na plażę prowadzi w większości przez tereny zielone, gdzie napotkać można najróżniejsze rodzaje drzew, traw i kwiatów.
Oto kilka obrazków, na które natykamy się w czasie naszych codziennych wędrówek
A także kwiaty i trawy
Po drodze na plażę mijamy malutką świątynię buddyjską wraz z całym kompleksem budynków zamieszkałych przez lamów. Wszystko to otoczone przepięknym ogrodem wypełnionym cudowną zielenią.
Wśród tej zieleni takie cudeńka

Główna ulica nad plażą w porównaniu z promenadą na Patongu wygląda jak kawałek drogi w wiejskiej miejscowości. Parę knajpek, 3-4 gabinety masaży, parę straganów. Z uwagi na mniejszą konkurencję, ceny usług i jedzenia w obrębie plaży sporo większe niż na Patongu. Tam masaż tajski kosztował 200 THB, tutaj ceny zaczynają się od 300-400 batów. Ceny potraw przy plaży startują od 100-150 batów jakkolwiek już przy głównej ulicy te same dania można zjeść za 50-70.
Na tej ulicy spotkałyśmy rybaka, który właśnie przyjechał z zaopatrzeniem dla tutejszych ulicznych knajpek. Ewa nie wytrzymała i wyciągnęła mu z jego skrzyń krewetkę o niespotykanych przeze mnie dotąd rozmiarach.

A potem wejście do Narodowego Parku Sirinat położonego nad brzegiem plaży i spacer wśród drzew siegających nieba.
Doszłyśmy do krańca parku, oczywiście tylko z jednej strony. Park ciągnie się przez wiele kilometrów. Na końcu mała rzeczka przy której trudno się było zdecydować czy to ona wpływa do morza czy morze wlewa się do niej 🙂 I z tego krańca widok na całą plażę, którą póżniej wracałyśmy z powrotem.
Jutro Wigilia i Święta, których tu się zupełnie nie czuje. To moje drugie święta w życiu, nie tylko poza domem, ale także poza krajem. W hotelu na dole stanęła malutka choinka. To dla hotelowych gości, bo dla Tajów to żadne święta. Jak my je spędzimy? Rano pójdziemy na plażę, a pod wieczór pójdziemy na jakąś rybę. Bez szaleństwa zakupów, szykowania, gotowania i objadania się przy świątecznym stole.
