Pożegnanie z Phuket a zwłaszcza z Nai Yang przyniosło nutę żalu i zakręciło łezką w oku, zwłaszcza przy ostatnich uściskach z obsługą naszego hotelu. Po 25 dniach pobytu, czułyśmy się tu jak w domu. Byłyśmy prawdziwie wzruszone, gdy żegnając nas na lotnisku, Nok, siosta żony właściciela po prostu się rozpłakała i płacząc pobiegła do samochodu. Wychodzi na to, że nie tylko nam było dobrze z nimi, ale że i my pozostawiłyśmy po sobie miłe wspomnienia. Wiemy też, że gdyby nam przyszła ochota tu wrócić, to drzwi dla nas będą otwarte. Był to trzeci hotel, w którym mieszkałyśmy i wszędzie była miła obsługa, ale z taką życzliwością jak w Nai Yang Place nie spotkałyśmy się wcześniej. Wspaniałe miejsce i wspaniali ludzie.

img_20170112_104251

Dzień wczśniej pożegnałyśmy się z plażą i z Antonim, Łotyszem, który tu spędził prawie dwa tygodnie i który razem z nami witał na niej Nowy Rok. To oczywiście nie koniec przygody z Tajlandią ale nad morze już nie pójdziemy. Zobaczymy je jeszcze tylko w przelocie, pomiędzy lądowaniem z Malezji na Phuket i przed wylotem do Chiang Mai.

Podróż do Malezji rozpoczęta niefortunnie. Przy odprawie bagażu na Phuket zarekwirowano nam naszą „straszną” broń na komary, muchy i inne nieporządane żyjątka. Z domu zabrałyśmy w celu obrony przed nimi elektryczne rakietki. Przyleciały z nami do Bangkoku a potem na Phuket, gdzie od czasu do czasu były przydatne. Przeszły wszystkie kontrole i nikomu nie przeszkadzały. Nagle okazało się, że jest to najwyraźniej, bardziej potężna broń niż sądziłyśmy, bo nie wpuszczono nas z nimi na lotnisko i je nam wywleczono z walizek (skanowanie bagażu na lotnisku w Phuket odbywa się jeszcze przed budynkiem). Powiedziano nam, że weszły nowe przepisy i tego wozić nie wolno. My z Ewą uważamy, że spodobały się tej grubszej Tajce, co tam siedziała przy tej maszynie i dlatego kazała je nam zabrać. Ze złości, poprosiłam o oddanie mi z nich baterii (tym bardziej, że były nowe). A niech baterie sama sobie kupi 🙂 W ten sposób, zostałyśmy pozbawione broni na następne dwa miesiące pobytu.

Lot do Kuala Lumpur trwał niecałe półtorej godziny i tyleż prawie samo dojazd do niego taksówką z lotniska. Jeśli chodzi o taksówki, to warto wiedzieć, że w holu przylotów (po przejściu jeszcze jednej kontroli bagażu, już przed samym wyjściem do niej) można w specjalnym punkcie zakupić albo bilety na autobus albo tzw. kartę prepaid na taksówkę. Po podaniu adresu docelowego, panienka sprawdza w komputerze odległość i podaje kwotę do zapłacenia na miejscu. Z odpowiednim biletem idzie się do konkretnego wyjścia, gdzie stoją taksówki, daje taksówkarzowi taki bilecik i nic już człowieka nie obchodzi. Kurs jest zapłacony a kierowca może do celu jechać nawet przez Spitzbergen. Ani grosza więcej nie dostanie. Generalnie, koszt dojazdu taksówki to 100-150 MYR, które my dla uproszczenia liczymy 1:1.

Po przyjeździe do hotelu niemiła niespodzianka. Tym razem rezerwacja się niespecjalnie udała. Pokój malutki, ledwo daje radę pomieścić dwie osoby, a co dopiero ich bagaże. No ale cóż, jest to Budget Hotel, co podkreśla kilkakrotnie pracownik recepcji. Jakoś musimy dać sobie radę. W końcu przyjechałyśmy tu coś zobaczyć, a nie siedzieć w hotelu. Postaramy się tu tylko sypiać. Można powiedzieć, że warunki hotelowe mniej więcej zgodne z zapłaconą za nie ceną. Generalnie ceny hoteli w Kuala Lumpur są dosyć wysokie.

Pierwszy dzień pobytu

Wyruszamy do miasta. Na początek idą te miejsca, które każdy szanujący się turysta powinien tu zwiedzić. Rano jedziemy do Chinatown a potem oczywiście zobaczyć sławny Petronas. Bez tego przecież wizyta tutaj byłaby nieważna. Dzięki uprzejmości recepcjonisty rozpisane mamy możliwości dojazdu. Postanawiamy jeździć jak „biali” ludzie, czyli korzystać z komunikacji publicznej. Z hotelu dochodzimy do autobusu, którym dojeżdżamy do centrum KL tzw. Bukit Bintang. Koszt biletu – 2 MYR od osoby. Stąd, z tego samego przystanku odjeżdżają zarówno płatne linie autobusowe jak również linie bezpłatne w określonych kierunkach. Do Chinatown jeździ linia Purple, do wież – Green. Jeszcze nie wyczaiłyśmy, dokąd jeździ Blue.

Chinatown to przede wszystkim setki stoisk, na których klient znajdzie wszystkie „oryginalne” produkty 🙂 Zegarki, torby, perfumy, portfele, szmaty. Jeśli nie nie uda się zbić ceny o przynajmniej 50%, nie warto niczego kupować.

Po drodze małe świątynie, bary, przyuliczne jedzenie. Ruch i korki ogromne. W jednym z klimatycznych barów zjadamy całkiem dobry obiad. Ceny posiłków mniej więcej od 11 MYR, w zależności czy się weźmie danie w stylu malajskim, tajskim czy już interkontynentalnym.

Po obejściu Chinatown wracamy na nasz przystanek i wsiadamy w Green line. Jedziemy do Petronas. Przed nami luksusy 🙂 Ogromne wieżowce, domy handlowe, znowu potworne korki. A swoją drogą, czemu w tych krajach wschodnich tak bardzo kochają się w kilometrowych budynkach? Szyje bolą od zadziernia głów w górę. Robienie zdjęć z tej perspektywy także nie jest zbyt łatwe. Na miejscu napotykamy wszystkie najsławniejsze, światowe marki. Od tych, które są także i u nas, po te, które bywają jedynie w innych krajach, zwłaszcza zachodnich. Nasze Złote Tarasy to przy tym zwykły supermarket. Zapach luksusu – to jedyne, co rzuca się na sam początek w oczy. A ceny ? Ojoj 🙂 Jednocześnie w sklepach wiszą rzeczy, których często nie chciałoby się dostać nawet za darmo. Inny styl ubierania się, inne kolory, inne materiały. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie. Są także rzeczy  oryginalne, na których warto zawiesić oko.

I oczywiście wieczorem pięknie podświetlony Petronas

img_20170113_192231

No i w końcu pokaz świateł wodnych. I tu już pewnie dochodzi kwestia, jak wiele tego typu rzeczy się już widziało. Na jednych zrobi on duże wrażenie, drudzy stwierdzą, że gdzie indziej są lepsze. Nam się podobało. Lokalnym autobusem wracamy późno do hotelu.

Drugi dzień w KL

Wyprawa przede wszystkim do Birds Park i Orchide & Hibiskus Park. Znowu lokalny autobus, potem Purple Line do Chinatown a potem dwie opcje: albo taksówką albo na piechotę. W tamtą stronę wybieramy taksówkę – po uprzednim uzgodnieniu ceny (18 MYR), szczęśliwie lądujemy przed parkiem. I tu znowu lekko niemiła niespodzianka – koszt wstępu do parku to nie 25 MYR jak byłyśmy poinformowane tylko 50. Trudno. Idziemy. Jak się później okazuje – było warto.

Teren parku jest dosyć duży. Podzielony na poszczególne strefy, pozwala zobaczyć różnego rodzaju ptaki w ich naturalnym środowisku. Przemykamy się wśród ptactwa, które praktycznie plącze nam się pod nogami lub lata nad głowami, wydając przy tym najdziwniejsze odgłosy. Jest naprawdę na co popatrzeć. Jednocześnie w wielu miejscach ustawione są altanki, w których można sobie usiąść i odsapnąć. O tyle jest to dobre, że temperatura jest powyżej 30 stopni i spacerowanie w tym upale, zwłaszcza po otwartym terenie, jest, można powiedzieć, lekko męczące. Jakoś dajemy radę. W parkowej kafejce wypijamy kawę i z uśmiechem obserwujemy, jak różne ptaszyska zaglądają klientom do talerza 🙂

Po wyjściu z parku ptaków idziemy oglądać storczyki i hibiskusy. Na prawie samym wejściu, drogę przecina nam sporej wielkości jaszczurka. Z wyglądu przypomina małego warana. Jest dobrze 🙂

A potem to już niezmierna rozmaitość barw i kształtów. Kwiaty na krzakach, kwiaty na drzewach. Raj dla oczu – wspaniałe wrażenia wizualne. Na początek ogród orchidei, potem ogród hibiskusów. Najrozmaitrze odmiany i jednych i drugich.

Orchidee

Hibiskusy

W drogę powrotną wracamy do Chinatown na piechotę. Mamy za sobą wielogodzinny spacer i zdeptane nogi. W autobusie do hotelu łapie nas deszcz i burza. Generalnie, pada tu w każdy wieczór lub w nocy. Z ulgą docieramy na miejsce.

Trzeci dzień w KL

Wyruszam sama do Parku Botanicznego, który jest w tym samym miejscu gdzie park ptaków i kwiatów. Tym razem idę z Chinatown na piechotę. W końcu już znam trasę. Po drodze mijam Central Market, pełen stoisk z najprzeróżniejszymi towarami. Większość towarów nie nadaje się do kupienia, ale można czasami na czymś oko zawiesić.

W drodze do parku mijam ładne budynki. To muzea.

W końcu docieram do parku. I znowu ogromny teren do obejrzenia. Najróżniejsze gatunki drzew i krzewów, małe i większe jeziorka, po drodze park jeleni (bardzo ubogi w jelenie ale pięknie usytułowany), narodowy amifiteatr, pięknie urządzony plac zabaw dla dzieci. Trzy godziny całkiem fajnego spaceru. Niestety znów jest gorąco. Pomimo zmęczenia do Chinatown wracam też na piechotę. Jak zwykle w drodze do hotelu łapią mnie pierwsze krople deszczu.