Powiem szczerze, że Kuala Lumpur pożegnałyśmy bez żalu. Miejscami naprawdę ładne miasto, dało się nam we znaki ogromnym ruchem ulicznym, korkami, hałasem a przede wszystkim codzienną, zmienną pogodą. Rano przyjemny chłód, potem do godzin popołudniowych palące słońce a pod wieczór ulewne deszcze. Jedno im trzeba przyznać – mają świetny system odprowadzania tych ogromnych strumieni wody lejących się z nieba. W godzinę po ulewie jest już praktycznie sucho. Wyobrażam sobie, jak wyglądałby Otwock, gdyby choć raz spadła tam w ciągu dnia taka ilość wody jak tutaj – jedno wielkie jezioro, bez możliwości przejścia lub przejazdu. Kompletny Armagedon.

Przy powrocie na Phuket i przelocie do Chiang Mai nie obyło się oczywiście bez drobnych incydentów. Na początek w Malezji zarekwirowano Ewie na lotnisku pilniczek, bo zapomniała go wrzucić do dużego bagażu, a potem już na Phuket kazano jej otwierać duży bagaż, bo się przyczepili do power banku, który zostawiła w walizce. Generalnie, same przeloty trwały tak naprawdę 3,5 godziny natomiast cała podróż, dzięki wszystkim lotniczym procedurom trwała cały dzień. Ostatecznie w sobotę, po 21.00 dotarłyśmy na lotnisko do Chiang Mai, skąd złapałyśmy swojego pierwszego, tutejszego tuk-tuka. Jazda w rozklekotanym koszu, z naszymi walizkami, które trzymałyśmy kurczowo, aby nie wypadły, była wręcz radosnym przeżyciem. Koszt przejazdu to 150 THB. Szczęśliwie, całe i bez uszczerbku na zdrowiu dotarłyśmy do miejsca pobytu.

img_20170121_214644

I tu okazało się, że trudno to nazwać hotelem. Jest to raczej rodzaj tzw. condo, w którym można wynająć duże pokoje. Nie wszystko było gotowe na nasz przyjazd tak, jak to zarezerwowałyśmy, ale po trzech dniach spędzonych w pokoju o metrażu 45 metrów, zostałyśmy przeniesione do lokum, które ma ok. 90 m i składa się z trzech pomieszczeń: ogromnego pokoju, pomieszczenia kuchennego i ogromnej łazienki. Jest dobrze. Robimy kilometry po naszym apartamencie i zastanawiamy się, czy warto z niego wychodzić. W końcu i tak się nachodzimy 🙂

W niedzielę ruszamy w poszukiwaniu dróg i ścieżek prowadzących do centrum czyli w obręb starego miasta.  Tuż za „progiem” natykamy się na jaszczurkę. Jest mniejsza od tych napotykanych w Malezji, ale też nie przypomina naszych 🙂

img_20170122_120813

Wchodząc do starego miasta przekraczamy fosę i napotykamy pierwszą świątynię.

Krążąc po centrum spotykamy, o dziwo, mówiącego wcale nieźle po angielsku kierowcę tuk-tuka. Ruszamy z nim za miasto.

img_20170122_161646

Jedziemy do wioski Długich Szyi, górskiego plemienia, którego kobiety noszą pod kolanami, na przedramionach i szyjach błyszczące ozdoby z mosiądzu. Na ustawionych tam straganach sprzedają własne rękodzieła w postaci różnego rodzaju tkanin, bibelotów, biżuterii itp. Przy ścieżce dla turystów cała gama kolorów oraz kobiety i dziewczynki ubrane w piękne, folklorystyczne stroje. Za straganami, nieprawdopodobne ubóstwo.

W powrotnej drodze zawadzamy o Tiger Kingdom, gdzie za dosyć duże pieniądze można pogłaskać małego, średniego i dużego tygrysa i gdzie pozostałe trzyma się praktycznie w klatkach. Oczywiście pełna komercja a tygrysy muszą być chyba naćpane, bo nawet zwykłe koty nie pozwalają obcym na aż takie poufałości, których byłyśmy tam świadkiem. Obserwujemy to z restauracji, w której jemy obiad, zwłaszcza te rzesze Chińczyków robiących sobie niezbędne ze wszystkim selfie. Zniesmaczone, kategorycznie odmawiamy uczestniczenia w tym widowisku. Nie tylko ze względu na cenę, ale także na sposób przetrzymywania tych pięknych zwierząt i robienia z nich potulnych owieczek. Tygrys to tygrys, a nie zabawka dla turystów.

img_20170122_152039

Wieczorem jedziemy na nocny, niedzielny bazar. Uff, setki straganów, tysiące wyrobów i ogromna fala kupująco-oglądających. Sam bazar rozpościera się na długości 1 km. Jest po czym chodzić aczkolwiek wybór i zakup czegokolwiek jest w tym tłumie mocno utrudniony.

Chiang Mai to miasto świątyń. Małe, duże, w większości potwornie wiekowe. Do jednych trzeba wykupić bilet, do innych jest wstęp wolny. Oczywiście przed wejściem należy zdjąć buty a wszelkie nagości okryć. Na miejscu można na chwilę wypożyczyć w tym celu sari. Wnętrza kapią złotem wśród którego stoją pomniki Buddy w różnych pozach. Każda z nich oznacza coś innego. Samo centrum ma swój urok. Położone jest w kwadracie i otoczone fosą. Prowadzą do niego cztery bramy i właściwie, w którym kierunku by się nie poszło, zawsze trafi się do fosy.

Centrum Chiang Mai w niczym nie przypomina wielkiego Kuala Lumpur, pełnego pnących się pod niebo, wspaniach wysokościowców, a jednak o wiele chętniej zwiedza się je niż KL. W tym mieście historia wyziera z każdego kąta i jest tu dużo więcej ciekawych miejsc do zobaczenia. I co najważniejsze, od soboty nie spadła tu ani jedna kropla deszczu 🙂

A przed świątyniami ustawione pod rządek tuk-tuki. A nuż ktoś nie będzie już miał ochoty iść na piechotę.

img_20170125_134420

Oczywiście zwiedzamy także tutejsze Chinatown, czyli jeden ogromny bazar. Koszmar 🙂 Rzeczy, które tu sprzedają, nie chciałoby się dostawać nawet za darmo. Ale jedną rzecz mają fantastyczną – długą ulicę, na której stoją stragany wyłącznie z kwiatami. Nieprawdopodobne wrażenie – tak hołubione u nas storczyki, tutaj leżą powiązane w bukiety i są sprzedawane za psie pieniądze. I nie tylko one – cała gama innych kwiatów, które tworzą niesamowitą kakafonię kolorów. Oczy bolą od patrzenia 🙂

I w końcu następna wyprawa. Jedziemy na cały dzień na farmę, gdzie uczymy się gotowania prostych, ale najbardziej typowych, tajskich potraw. Po drodze odwiedzamy lokalny market, na którym poznajemy pierwsze, niezbędne składniki.

Wyjeżdżamy z miasta. Jadąc na farmę ogłądamy po drodze wiejskie krajobrazy i pola ryżowe.

Po przyjeżdzie na miejsce poznajemy przyszłe składniki naszych potraw i nareszcie widzimy rosnące na krzakach lub w kępkach to całe zielsko, które od ponad dwóch miesięcy pakują nam do jedzenia 🙂 Obchodzimy rabaty, smakujemy urwane przez naszą trenerkę liście lub kawałki korzeni i warzyw. Dostajemy gustowne fartuszki, a potem się zaczyna frajda.

Pod okiem instruktorki, przygotowujemy czerwone i żółte pasty carry, sławną zupę Tom Yum, zupę z mleka kokosowego, tradycyjnego Pad Thai, kurczaka w curry i kurczaka w bazylii, uczymy się gotować w prawidłowy sposób ryż jaśminowy na sypko i biały ryż na klejąco. Na deser przygotowujemy gorące banany w mleczku kokosowym (pychota!!!) I to wszystko w międzyczasie zjadamy 🙂

Był to nasz najbardziej obfity posiłek od momentu przyjazdu do Tajlandii 🙂 objedzone jak bąki zostajemy przywiezione po południu do „hotelu”. Wieczór kończymy już w naszym pokoju tajskim drinkiem – mieszaniną alkoholu zwanego Hong Thong i coca-colą. Z kostkami lodu i limonką całkiem dobrze wchodzi 🙂