Chiński Nowy Rok

28 stycznia, społeczność chińska zamieszkująca w Chiang Mai, jak i w całej Tajlandii, witała Nowy Rok. Jest tu oczywiście małe Chinatown, do którego jak wszędzie w takich okolicznościach wchodzi się przez symboliczną bramę, jednakże Chińczycy zamieszkują oczywiście także w wielu miejscach całego miasta. Było to szczególnie widać po dekoracjach noworocznych i napisach Happy New Year, umieszczanych nad drzwiami restauracji, barów czy biur. W sobotę i niedzielę odbywał się z tej okazji wielki, według nich, festiwal a według nas ogromny jarmark. Ruch samochodowy został w obrębie Chinatown zamknięty, a na ulicach ustawiono dziesiątki straganów ze wszystkim, czyli z tymi rzeczami, które normalnie próbują sprzedawać w swoich sklepach i na bazarze.

Przede wszystkim jednak była to jedna wielka jadłodajnia (!). Takiej ilości jedzenia w jednym miejscu, to jeszcze nie widziałam.  Nieprawdopodobna różnorodność obejmująca potrawy z najdziwniejszych kawałków mięsnych, owoców morza, zawadzając o cały zakres wszelakiego rodzaju robactwa, po różnego rodzaju pierożki i potrawy wegetariańskie.

A między tymi straganami plątała się chyba cała populacja tutejszych Chińczyków, próbując te całe masy jedzenia pochłonąć.

W tej radosnej atmosferze świętowania Nowego Roku, dałyśmy się skusić i wypuściłyśmy z maleńkich koszyczków na wolność, znajdujące się tam ptaszki. Podobno ma to nam przynieść szczęście 🙂  O ile znam Chińczyków, to te ptaszki jeszcze wielokrotnie wrócą do właścicielki i jeszcze wiele razy zostaną wypuszczone na wolność.

Z chińskiego jarmarku przeniosłyśmy się na tajski, nocny bazar ( 🙂 ), który odbywa się tu codziennie. I tu już trzeba niestety uważać, bo na tym bazarze jest na czym oko zawiesić. Najlepiej jest tu przychodzić bez pieniędzy 🙂

Ale oprócz zakupów można tu także, we wspaniałej atmosferze, zjeść coś dobrego. Nasze apetyty zaspokoiła imponująca wręcz taca z owocami morza, zrobionymi w lekko pikantnym sosie (tzw. jedna papryczka) z dodatkami warzyw. Znalazło się na niej kilka rodzajów małży, krewetek, ślimaki, kalmary, ośmiorniczki i krab. W zestawie dodatkowym – foliowe rękawiczki i pałeczki 🙂 Wspaniała uczta.

img_20170128_185923

A po kolacji z przyjemnością posłuchałyśmy występów tajlandzkiego zespołu, który naprawdę był dobry. Wieczór był prawdziwie udany.

img_20170128_195104

Spacer po Chiang Mai

Jako, że niestety jesteśmy w mieście, to i nasze spacery sprowadzają się do chodzenia po różnych zakątkach Chiang Mai. Jak to zwykle bywa, najciekawsze w mieście zazwyczaj jest jego centrum. Zwiedzamy więc uliczki Chiang Mai i staramy się zobaczyć najatrakcyjniejsze zakątki. Już wcześniej wspomniałam, że jest to miasto świątyń i choć generalnie są do siebie w swoim „złotym” przepychu podobne, to jednak można znaleźć między nimi różnice. I niektóre są naprawdę bardzo ładne.

Drepcząc ulicami, przy dosyć wysokich temperaturach, miło jest zasiąść czasami w chłodniejszym miejscu i wypić owocowego sheika.

Ogromną atrakcją Chiang Mai jest coroczne święto kwiatów, które Tajowie obchodzą przez 3 dni. Rozpoczyna się ono ogromną paradą wozów z kwiatami a następnie ekspozycją najpiękniejszych rodzajów, umieszczoną w pobliżu i na terenie miejscowego parku. Wspaniałe widowisko, kakafonia barw i setki rodzai kwiatów cieszących oczy przechodniów. A takiej ilości przecudownych storczyków nigdy jeszcze nie widziałam.

Próbujemy oczywiście zobaczyć również miejsca zlokalizowane poza ścisłym centrum miasta. Ponieważ nasza następna przeprowadzka w Tajlandii uwzględniać będzie tym razem podróż pociągiem, wybrałyśmy się nie tylko po to, aby zobaczyć dworzec kolejowy, ale by podjąć także próbę zakupienia biletów. No i przykra niespodzianka – bilety do Den Chai, do którego się wybieramy, możemy kupić wyłącznie na tzw. zasadach dziennych, czyli w dniu wyjazdu. Wbrew internetowym informacjom, pociąg, który wybrałyśmy, ma tylko drugą klasę i nie ma rezerwacji miejsc. Gdybyśmy jechały prosto do Bangkoku, wtedy mogłybyśmy zakupić bilet wcześniej i tej rezerwacji dokonać. Wysiadając po drodze – żadnych przywilejów nie mamy 🙂 Będziemy zmuszone szukać sobie miejsc same i mam nadzieję, że nam się to uda, gdyż podróż trwa ok. 4 godzin. Natomiast imponująco wygląda sam koszt biletu – jest to ok. 57 THB, czyli w przybliżeniu 6.00 zł. 🙂 Jeśli chodzi o dworzec kolejowy, to wygląda całkiem ładnie.

Z dworca kolejowego, pomimo dużej odległości od miejsca naszego zamieszkania, wracamy pieszo bocznymi ulicami Chiang Mai. Jest tu trochę mniejszy ruch, zwykłe budynki mieszkalne i oczywiście bazarek. Każda dzielnica posiada taki bazarek warzywno-owocowy, na którym można znaleźć całą ichnią zieleninę, produkty spożywcze, przyprawy, trochę ciuchów a przede wszystkim tanie, gotowe potrawy. Te w kolorze czerwonym i ciemno czerwonym zabijają 🙂 Okazuje się jednak, że w tym klimacie, ostrość potraw pozwala dopasować temperaturę ciała do otoczenia, a tym samym nie odczuwać zbyt wielkiego gorąca. My się jakoś na ten sposób aklimatyzacji nie możemy do końca zdecydować 🙂

Przez Chiang Mai przepływa bardzo ładna rzeka Ping. Brzegi jej łączy kilka mostów. My wracamy tym największym.

Po drodze okazuje się, że również w Chiang Mai znajduje się parę wyższych budynków. Są to oczywiście, przede wszystkim hotele.

Wieczorem, ulice błyszczą światłami, a bary zapełniają się kientami. Miasto zaczyna  żyć i wyglądać przytulnie.