Zupełnie nie wiem, czy uda mi się oddać wrażenia i emocje z tego pobytu. Boję się, że ten wpis może być dla jednych zbyt sentymentalny, dla drugich zawierać zbyt dużą dawkę patosu. Ja jestem pewna jednego – to były moje najpiękniejsze dwa dni w Tajlandii. Ci, co mnie dobrze znają, wiedzą jak bardzo mocno jestem związana z naturą i z pewnością nie zdziwią się, gdy powiem, że ta wyprawa była w dużej mierze, spełnieniem moich marzeń. Pobyt w dżungli, obcowanie z wolnymi już od wszelkich trudów słoniami, nocleg w prostych warunkach, w pokoju zbudowanym z bambusa przy odgłosach tajlandzkich lasów, cieszenie oczu wspaniałym widokiem gór, a potem wędrowanie po nich – to jest coś, co zostawia w duszy i pamięci, niezapomniane ślady.
Ale po kolei. Na tę dwudniową wyprawę wybrałam się bez Ewy, która z uwagi na program tej wycieczki, zdecydowała się nie jechać. Tym samym, po raz drugi podczas naszego pobytu w Tajlandii, pojechałam sama. O 8.00 rano przyjechało po mnie coś w rodzaju jeepa. Lekko zdziwiona, gdyż na wszelkie wycieczki w Tajlandii zabierają klientów minibusy, z małą trudnością wdrapałam się do środka 🙂 Po drodze zbieraliśmy następne osoby. Okazało się, że jest nas tylko pięcioro i dwóch przewodników. Wśród nas znalazła się młoda para z Niemiec i już trochę starsze małżeństwo z Francji. Ze wstępnej informocji przekazanej przez jednego z przewodników wyszło, iż pozostałe cztery osoby wracają tego samego dnia do Chiang Mai, a ja zostaję z jednym z nich sama i że drugi dzień spędzimy tylko we dwoje. Pierwszy dzień obejmował przede wszystkim spotkanie ze słoniami, drugi miałam spędzić na tzw. szlaku. A potem wyruszyliśmy za miasto. Sam dojazd do celu miał trwać 1,5 godziny. Po drodze zaliczyliśmy gdzieś w wiosce lokalny bazar, gdzie zakupione zostały niezbędne produkty zarówno do karmienia słoni jak i nas samych.
A potem skończyła się szosa. Zaczęliśmy jechać szutrowymi drogami w górę i w górę. Nikt mnie nie uprzedził, a sama jakoś nie sprawdziłam lokalizacji miejsca, do którego jechaliśmy. Nagle zaczęło się robić wąsko i wysoko. Kto mnie zna, wie, że tego za bardzo nie lubię 🙂 Przed zakrętami kierowca trąbił z daleka, gdyż spotkanie z samochodem jadącym z przeciwka, nie należałoby do przyjemności. Niestety fragmenty tej drogi mam na wideo, którego nie mogę tu załadować.

W koću dotarliśmy do celu, lekko obolali po wytrzęsieniu naszych kości w jeepie i z ulgą stanęliśmy na ziemi. Byliśmy na campie. Jest to miejsce, w którym prowadzony jest projekt ochrony słoni. Zwie się to Chiang Mai Elephant Sanctuary i ma na celu zwracanie ciężko i w różnych warunkach pracującym tu słoniom, ich naturalnego domu czyli powrotu do warunków naturalnych. Oczywiście nie jest to do końca wypuszczanie ich na stałe do dżungli, natomiast odnajdują tu już spokój i radość z życia. Urodzone i wychowane najczęściej w niewoli, są tutaj w pewien sposób kontrolowane, zaznając przy tym dużej swobody. W dzień część czasu spędzają na campie, gdzie mogą z nimi poobcować turyści, a na wieczór odprowadzane są do dżungli, z której wracają rano. Każdy słoń ma tutaj swoje imię i swoje ID. Każdego, nowonarodzonego słonia zgłasza się do specjalnej jednostki rządowej, w celu uzyskania „dowodu tożsamości”. Projekt finansowany jest częściowo przez władze a częściowo środków dostarczają turyści i woluntariusze, którzy chcąc tu przebywać i nieść pomoc, muszą za swój pobyt tutaj zapłacić. Wszelkie zdobyte w jakikolwiek sposób środki, pozwalają realizować projekt. Campów jak ten, do którego przyjechałam, znajduje się na tych terenach kilka. W każdym z nich znajduje się od trzech do pięciu słoni. Codzienną ich opieką zajmują się Tajowie z plemienia Karen, których wioski rozsypane są w tej części gór.
Sam camp wygląda skromnie.
Mała kapliczka chroni domostwa przed złymi duchami otoczenia i zapewnia bezpieczeństwo ogniska domowego.
Dostajemy na początek specjalne ludowe kaftany. Jest to typowy strój przewodników słoni i podobno lepiej im się to kojarzy, niż różnego rodzaju ubrania turystów. Nasze pierwsze zadanie to nakarmić słonie, do których schodzimy stromą ścieżką. Czekają na nas trzy słonice. Jedna z nich jest matką pozostałych. Ma prawie 50 lat i prawdopodobieństwo jeszcze jednego porodu. W ciąży słonica chodzi 2 lata a potem przez trzy lata wychowuje swoje małe. Dlatego czas tej na rodzenie dzieci, powoli się kończy, ponieważ przechodzi w stan nierozrodczy. Jej dwie córki mają 9 i 7 lat.
Nasz przewodnik uczy nas prostych komend, które pomogą nam w komunikacji ze słoniami. W przetransportowanych tu skrzynkach znajdujemy banany, którymi będziemy napełniać te brzuszki 🙂
No a potem, to już sama radość z obcowania z nimi. Na początek podajemy banany do trąbki, ale gdy rzuci się komendę Boo!, słonice podnoszą swoje trąby do góry, a banany wkładamy prosto do mordki. I trzeba się spieszyć, bo wysuwają te swoje trąbki przez cały czas w poszukiwaniu następnych kąsków.
Na koniec słonice dostają dodatkowo bambus, który już spokojnie konsumują same, a my możemy cieszyć oczy, przyglądając się tym pięknym zwierzętom.

Od jedzenia różnych pokarmów słonie mają kłopoty z trawieniem 🙂 Dlatego też, należy przygotowywać im codziennie lekarstwo złożone z najrozmaitrzych traw, korzeni i ziół. Wszystkie składniki tłuczemy w ogromnym drewnianym moździeżu, co wcale nie jest łatwe z uwagi i na ilość i na twardość wrzuconych tu składników. Ze zrobionej miazgi robimy duże kulki, które będziemy dawać naszym słonicom.
Jak się potem okazuje, podobnie do ludzi, branie lekarstw nie jest ich ulubionym zajęciem i zwłaszcza te młodsze próbują się przed jedzeniem tego lekarstwa bardzo bronić. Zaciskają mordki, odwracają głowy i starają się za wszelką cenę od tej akcji całkowicie wymigać 🙂
Po lunchu przychodzi pora na smarowanie naszych słonic błotem. Bardzo to lubią. Błotne okłady chronią je przed ukąszeniami owadów. W specjalnej niecce błotnej, już przebrani w kostiumy, smarujemy błotem nasze słoniki, nie omieszkając tym błotem pochlapać także siebie. Chlapią ludzie i chlapią słonie, które pomagając nam pokryć ich skóry błotną mazią, chlapią oczywiście także na nas. Śmiechom nie ma końca. Wspaniała atmosfera – cieszą się ludzie i cieszą się słonie 🙂 Zadowolone i szczęśliwe słonie machają uszami, co jest oznaką ich dobrego samopoczucia. Nasze wyglądają na zachwycone.

Pobrudziliśmy się? Co za problem – w końcu całkiem niedaleko jest rzeczka, w której można się razem wykąpać. Na bosaka wyruszamy do kąpieli 🙂 Droga nie jest łatwa, ale trudno – po buty już się cofać nie będziemy. Po drodze dostosowujemy nasze tempo do tempa naszych słonic, które po drodze załatwiają jeszcze masę interesów – a to tutaj skubną liści, a to tam sięgną po rosnącą na poboczu trawę. Grzecznie czekamy, aż koleżanki zdecydują się w końcu na kąpiel 🙂 No i nareszcie ta kąpiel – różnego rodzaju sprzętem polewamy nasze słonie a one odwdzięczają się nam tym samym. Po paru minutach wyglądamy wszyscy jak zmokłe kury. Jest cudownie a swoim wyglądem nikt tu się nie przejmuje.
Wspaniałe uczucie bliskości, radość słoni, radość ludzi. I to ciepło, gdzieś w środku, gdy słonica przytula do Ciebie swą trąbę a jej mądre oczy patrzą prosto na Ciebie. Kiedy głaszczesz jej chropowatą, ale ciepłą skórę i masz poczucie, że nie tylko zrobiłeś coś fajnego, ale że udało Ci się nawiązać jakiś kontakt z tym wielkim zwierzęciem. I tych uczuć i tych emocji, nie oddadzą żadne słowa, żadne zdjęcia i żadne wideo. Oczywiście, nie każdy będzie miał takie odczucia, nie na każdym to zrobi wrażenie, a niektórzy jedynie pokażą innym zdjęcia świadczące o tym, że tu byli. Dla mnie to jedne z lepszych chwil w moim życiu i jeśli tylko będzie jeszcze kiedyś okazja, to ja tutaj wrócę. Ale wtedy już na dłużej.
Po wspólnej kapieli ze słoniami przyszedł czas na kąpiel ludzi 🙂 Idziemy do wodospadu – oczywiście boso 🙂 Po drodze pokonujemy drobne przeszkody. Ścieżki w górę i w dół, pokłady kamieni a w końcu wiszącą w powietrzu kładkę. W spływającej kaskadzie wody, można się do końca opłukać z resztek pozostałego na skórze błota. Zimne strugi stanowią wspaniały bicz wodny.
Po dłuższym odpoczynku w promieniach słońca i z kroplami zimnej wody na sobie, wyruszamy powoli w drogę powrotną do campu. Czeka na nas kawa, herbata i ogromna taca owoców. Tutaj też spotykamy członków innej grupy, z którą wymieniamy wrażenia. Spotykam dwie Amerykanki z Chicago. Po dłuższej dyskusji okazuje się, że jedna z nich ma zamiar latem przyjechać do Polski. Wymieniamy się telefonami, umawiamy na spotkanie i serdecznie ściskamy na pożegnanie. Jak łatwo w takim otoczeniu i w takich warunkach nawiązywać nowe znajomości.
W międzyczasie, mój dzielny przewodnik Pu, próbuje pokonać moją traumę do pająków, pokazując mi, że nawet coś tak dużego, nie jest w stanie zrobić człowiekowi krzywdy – brrrr 🙂

A potem żegnam się z moją grupą. Oni wracają do Chiang Mai, a ja wyruszam z moim przewodnikiem do miejsca noclegu. Zaczynam swoją wieczorną przygodę 🙂 Idziemy z razem pod górę. Po drodze mijamy drzewa marakui. Pu ( to imię mojego przewodnika) zrywa owoc prosto z drzewa, którym dzielimy się po połowie. Jest cudownie słodko-kwaśny. Mój pierwszy owoc w Tajlandii, który nie został kupiony na bazarze.

Na wzgórzu pojawia się „centrum noclegowe” 🙂 Jestem zauroczona. Moim oczom ukazuje się dom zbudowany na palach, w połowie z drewna, w połowie z bambusa. Wchodzimy po drewnianych schodkach na górę. Na półpiętrze, zwyczajem Tajów, zostawiamy buty. Pu prowadzi mnie do pokoiku wykonanego z bambusa. Dostaję do spania trochę grubszą karimatę, dwie poduszeczki i dwie cienkie kołderki, bo „noc może być chłodna”. Dach nad pokojem zasłania mnie od ewentualnego deszczu, ale pomiędzy nim i ścianami jest otwarta przestrzeń. Do pokoju wpływa rześkie, górskie powietrze. Z góry, roztacza się przepiękny widok na okolicę.
Zrzucam w pokoiku swoje rzeczy i biorę szybki prysznic w czymś, czego pewnie nikt z nas nie nazwałby żadnym sposobem łazienką 🙂 Woda oczywiście zimna, ale w tym klimacie, nawet w górach, nie jest to przeszkodą. Biorę pierwszy zimny prysznic w Tajlandii 🙂 A potem idziemy z Pu jeszcze dalej w górę, gdzie mam widok na pola ryżowe, maciupkie wioski i gdzie po drodze widzimy pracujących przy swoich uprawach Tajów. Mam wrażenie że nareszcie oglądam prawdziwą Tajlandię – nie tę komercyjną, nastawioną na turystów, tylko tę zwykłą, realną, z jej pięknem krajobrazu i jednocześnie, normalnym, choć ciężkim życiem Tajów.
Po powrocie ze spaceru zastajemy w domu Juana, portugalskiego woluntariusza, który postanowił pomóc przy opiece nad słoniami i jego tajskiego instruktora Czu. Powoli zapada wieczór. Czu razem z Pu szykują dla nas kolację. Razem z Juanem staramy się im pomóc, a ja dodatkowo śledzę ich działania, podpatrując ich sposób gotowania. Razem siadamy do kolacji na tarasie. Wokół nas budzą się nocne odgłosy dżungli. Siedzimy na tajską modłę na ziemi, przy niskim stole, zrobionym z bambusa. Po kolacji Czu przynosi gitarę i nuci kilka tajskich piosenek. Urok tego wieczoru zaczyna przekraczać dziwne granice. Atmosfera tych chwil zapiera dech w piersiach.
Około 6.30 w Tajlandii wschodzi słońce. Nastawiam budzik na 6.15. Nie mogę tego widowiska w tym miejscu przegapić. Przy pomocy światła telefonu (bo w pokoju czegoś takiego jak światło nie ma), układam się do snu w moim bambusowym pokoju. Zasypiam przy odgłosie nocnych ptaków i odgłosów leśnych zwierząt.
O 6.15 otulona w kołderkę zasiadam na tarasie. Po chwili dołącza Juan. W kompletnej ciszy oglądamy cudowne widowisko wschodzenia słońca nad szczytami gór.
O 7.00 Pu przynosi nam na taras gorącą wodę w ogromnym czajniku i wszystko, co potrzebne do zrobienia sobie porannej kawy. Kawa o takim poranku i z takim widokiem – bezcenne. 
A potem przygotowywanie śniadania – frytki, tosty, ryż z warzywami, coś jakby jajecznica z czym w środku, a potem jeszcze owoce marakui. Żyć, nie umierać 🙂

O 8.30, już spakowani wyruszamy z Pu na wędrówkę. Przy pożegnaniu, dostaję od Czu plecioną bransoletkę ze słonikiem na szczęście, a od Juana splecione, suche liście bananowe, które po wypełnieniu tytoniem zmieszanym z ziołami i suszonymi owocami, pali się jak cygaretkę. Przy pożegnaniu, mam łzy wzruszenia w oczach. To był mój najpiękniejszy wieczór i poranek w Tajlandii. Odchodząc, robię jeszcze kilka zdjęć.
Na początek, okrężną drogą idziemy z Pu do campu, aby pożegnać się ze słoniami i jeszcze włożyć im trochę bananów do mordek. Po drodze Pu prowadzi mnie przez wioski plemienia Karen. Mijamy po drodze maleńką szkołę, małe chatynki, różnego rodzaju krzewy i drzewa owocowe. Po raz pierwszy widzę, jak rosną papaje i jak wygląda kwiat bananowca.
Po czterdziestu minutach docieramy na miejsce. Tu jeszcze raz okazja, by je trochę nakarmić, jeszcze raz czas, żeby pogłaskać i przytulić się do trąby i jeszcze raz zajrzeć w rozumne oczy. Bierzemy wodę do picia i ruszamy na trasę. Przed nami prawie trzy godziny wędrówki do wioski Shan, gdzie czeka na nas lunch. Nasza ścieżka prowadzi przez porośnięte dżunglą wzgórza, wzdłuż płynącęgo w dole strumienia, którego szum nam cały czas towarzyszy. Razem z nami na szlak ruszyła tutejsza suka. Wróci ze szlaku do campu z tymi, którzy będą szli w przeciwną drogę do naszej. Idziemy raz w górę raz w dół, po kładkach i skałach, przekraczamy kilkakrotnie płynący strumień, mijamy małe pólka ryżowe.

Miejscami ścieżka jest bardzo wąska i prowadzi nad przepaścią, gdzie na dole towarzy nam cały czas rwący potok. Pokonuję swoje wszystkie lęki, związane z wysokością. W trudnych sytuacjach pomaga mi Pu. Jest przepięknie, a ja mam szczęście, że mogę przeżywać to sama a nie w grupie często rozjazgotanych ludzi. Mogę czerpać wiedzę o tym kawałku ziemi od idącego ze mną tajskiego przewodnika z plemienia Karen. Mogę całą sobą chłonąć piękno mijanych po drodze miejsc.
W końcu wychodzimy na otwartą przestrzeń. Jest bardzo gorąco, słońce nie oszczędza. Pu zrywa wielki liść i za pomocą patyczków robi mi z niego kapelusz.

Schodzimy powoli do wioski. Witają nas kwiaty. Na jednym z mijanych krzewów Pu pokazuje ogromne gniazdo czerwonych mrówek. Chyba ze złości za podglądactwo, jedna z nich ucina mnie parę metrów dalej w nogę. Jestem dzielna i nie przerywamy naszej wędrówki 🙂
W końcu docieramy do wioski. Jest większa od napotkanych dotychczas. Mijając po drodze całkiem ładne domy, zatrzymujemy się na zasłużony lunch. Zmęczona, ale dumna z siebie i cała szczęśliwa, zasiadam do tradycyjnego Pad Thai.
Myślicie, że to koniec mojej przygody? Nie, przede mną wisienka na torcie. Po lunchu i odpoczynku, minibus zabiera nas parę kilometrów dalej, gdzie Pu wsadza mnie na bambusową tratwę. Znowu sama, tym razem tylko z przewoźnikiem, płynę tratwą do miejsca ostatecznego postoju, gdzie zakończy się moja dwudniowa przygoda ze słoniami i dżunglą. Niestety, Pu zabiera mi wszystkie rzeczy, w tym telefony. Nie mogę robić na trasie przepływu żadnych zdjęć. Tę decyzję rozumiem dopiero wtedy, gdy pokonujemy maleńkie wodospady i cała tratwa wraz z częściami mojego, siedzącego na niej ciała, zalewana jest wodą. W ten spoósb Pu chroni moje wszystkie rzeczy wraz z całą elektroniką, która mogłaby tej podróży nie przeżyć. Na odchodne, Pu robi mi zdjęcie jak odpływam. Za czterdzieści minut będzie czekał na mnie w docelowej przystani. Tratwa zbudowana z dziesięciu (policzyłam) grubych pni bambusowych wraz ze stojącym na przodzie przewoźnikiem unosi mnie po nurtach niezbyt głębokiej, ale miejscami skalistej i rwącej rzeki. Następne niezapomniane wrażenia. Trasa przepływu jest ogromnie malownicza i faktycznie żal, że nie można w żaden sposób tego nagrać, lub zrobić chociaż paru zdjęć. Chłonę ostatnie chwile pobytu w tym miejscu.

A potem już tylko pomoczenie nóg, dłuższa chwila odpoczynku i powrót do hotelu. I żal, że wszystko trwało tak krótko i że tak szybko się ta chwila skończyła. Dni pełne ogromnych emocji, niezapomnianych wrażeń i poczucia wspaniałej atmosfery. Czegoś, co na długo pozostanie w pamięci. To mój najdłuższy wpis od czasu przyjazdu do tego kraju, ale to także najważniejsze dwa dni w czasie tego pobytu.
