„Zanim stanę na polskiej ziemi, mam jeszcze coś w zanadrzu 🙂 Ale o tym opowie pewnie mój ostatni post z tej wyprawy 🙂 a to oznacza, że ciąg dalszy nastąpi …… 🙂

Tak zakończyłam ostatni post z naszej wędrówki. Niektórym w drobnych pogaduszkach obiecywałam niespodziankę, a niektórym nawet spektakularne zakończenie. Dzisiaj mogę powiedzieć, że obiecywałam nie na próżno, choć w zaplanowane zakończenie wtrąciło się niespodziewanie zwykłe życie, które nadało końcówce tej podróży zupełnie inny wymiar. Ale po kolei.

Pierwszego marca, skracając o dwa dni nasz pobyt w Den Chai, wyruszyłyśmy do Bangkoku. Nasi gospodarze, po zaserwowaniu nam bardzo sytego śniadania w postaci zupy ryżowej i wręczeniu nam ogromnej torby z jedzeniem na drogę, odwieźli nas na dworzec, a dobrzy Tajowie pomogli władować nasze bagaże do pociągu. Jechałyśmy drugą klasą pociągu pośpiesznego. Okazało się, że jest ona wystarczająca do przejechania w całkiem godziwych warunkach ponad 500 km, zwłaszcza przy cenie ok. 57 zł. Rozkładane siedzenia, wysuwane stoliki, obsługa kelnerska, lunch, kawa, słodycze. Doskonałe warunki do jazdy. Jedynym mankamentem była klimatyzacja, tym razem całkiem normalna, a nie w postaci zawieszonych pod sufitem wentylatorów, która wymroziła nas do cna.

Nasz poranny posiłek 🙂

IMG_20170301_091945

I nasze warunki w pociągu

Jechałyśmy przez góry, dżunglę i niezmierzone, po horyzont pola ryżowe. Po obu stronach pociągu rozpościerały się ogromne połacie wody. Skąd oni jej tyle mają? Niestety, w podróży zrobiłam tylko kilka wideo i to też nie najlepszej jakości z uwagi na trochę przybrudzone szyby 🙂  Jak zwykle nie mogę ich tutaj umieścić.

Do Bangkoku przyjechałyśmy wieczorem i po krótkiej utarczce z tajską mafią taksówkarską, zdołałyśmy wsiąść w końcu do normalnej taksówki, która woziła pasażerów na licznik. Zmęczone siedmiogodzinną podróżą dotarłyśmy do naszego hotelu. Jak się poźniej okazało, dostałyśmy pokój z bardzo sympatycznym widokiem na jakieś stawy, których w Bangkoku jest chyba bardzo dużo.

Nazajutrz poszłyśmy obejrzeć na początek okolice naszego hotelu, które niestety były raczej zapleczem Bangkoku niż miejscami, które warto w nim zobaczyć.

Był 2 marzec. I tego właśnie dnia w moje plany wtrąciło się samo życie. Obiecywałam na koniec tej podróży niespodziankę. W planach miałam jeszcze krótką, samotną wyprawę na Filipiny. Już w Chiang Mai wykupiłam bilety samolotowe do Manilii a potem do Puerto Princese, gdzie miałam nad filipińskim morzem spędzić ostatatnie cztery dni przed powrotem do kraju. Hotel zabukowany, bilety opłacone i ja pełna radości, że zrealizuję jeszcze jedno swoje marzenie. Relacja z tej podróży miała być moim ostatnim postem. I nagle całe plany wzięły w łeb.

Wracając wieczorem ze spaceru do hotelu, potknęłam się nagle na jakimś wykrocie i nie wiadomo kiedy, leżałam na jezdni. Już się z niej o własnych siłach nie podniosłam. Ewa i tłumek Tajów, którzy nas otoczyli, próbowali pomóc mi w podniesieniu się, ale niestety to się nie udało. Ktoś zadzwonił po pogotowie i w ciągu 6-7 minut przyjechały dwie karetki. Na noszach zabrano mnie do szpitala, zawadzając po drodze o hotel, z którego Ewa zabrała mój paszport. Leżąc w pędzącej na sygnale karetce, zastanawiając się, czy Ewa siedząca z przodu nie dostanie od tego zawału, wiedziałam, że moje Filipiny pozostają już tylko wspomnieniem. W szpitalu biegiem zrobiono mi rentgen i wynik był porażający: złamany staw biodrowy. Przede mną nagle perspektywa operacji i założenia endoprotezy. Pod znakiem zapytania stanął już nawet planowany powrót do domu 9 marca (!).

Szpital, do którego mnie przywieziono, okazuje się być szpitalem prywatnym, który nie ma podpisanych porozumień z żadną zagraniczną firmą ubezpieczeniową, pomimo że ja ubezpieczenie na szczęście posiadam. Orientacyjny koszt operacji i pobytu w szpitalu to ok. 40.000 zł. Mogę płacić gotówką i dalej starać się o zwrot tej kwoty w Polsce, albo mam propozycję przewiezienia mnie do szpitala państwowego, który może zaakceptuje umowę z ubezpieczycielem. Ruszamy rodzinę i przyjaciół w Polsce, którzy na bieżąco omawiają sprawę w kraju i próbują pomóc. Okazuje się, że na szczęście moja firma ubezpieczeniowa ma swojego przedstawiciela w Tajlandii, z którym po długich dyskusjach szpital zgadza się współpracować. Około 3 w nocy czasu tajlandzkiego zostaję przyjęta do szpitala i przewieziona do swojego pokoju. Ewa, wykończona, ale już pewna, że mnie stąd nie ruszą, może wrócić w końcu do hotelu. Jest już czwartek, trzeciego marca.

Ląduje w pojedyńczym pokoju i pomimo bólu oczom nie wierzę. Niejeden pokój hotelowy nie wygląda tak dobrze jak mój.

Telewizor, lodówka, oddzielna leżanka, na której zresztą proponowano Ewie tej nocy nocleg, zestaw do parzenia kawy, łóżko którego poziomy reguluję jednym przyciśnięciem.

W piątek wieczorem, po wielu badaniach – operacja. Staję się posiadaczką endoprotezy w lewym biodrze. Opiekę mam fantastyczną. Pielęgniarki słabo mówią po angielsku, ale znowu nas ratuje Google Tłumacz. Codzienna zmiana pościeli, codzienna zmiana tutejszego, całkiem gustownego „garniturka” szpitalnego. Kroplówki, leki przeciwbólowe, w odstępach dwugodzinnych badanie ciśnienia i temperatury i guzik z mikrofonem pod ręką, żeby wołać, gdy tylko będę czegoś potrzebować. O dziwo, ten guzik działał 🙂

W międzyczasie przynoszone jest mi menu, z którego mam sobie wybierać potrawy na śniadanie, obiad i kolację.

Po trzech dniach pierwsza fizykoterapia. Uczą mnie chodzić o kulach i przy balkoniku. Mój powrót do domu z Ewą jest niemożliwy. Nie mogę wracać przez tyle godzin w pozycji siedzącej. Ewa wraca do Polski sama, a ja dzień później, w szóstym dniu po operacji, wracam biznes klasą przez Moskwę do kraju. Organizacja podróży rewelacyjna – karetką z pielęgniarkami na lotnisko, na miejscu przejęta przez jego obsługę, dowieziona wózkiem do miejsca siedzącego w samolocie, zapadam spokojnie w pozycję leżącą.

W Moskwie czekają na mnie z wózkiem. Krótka przerwa w biznes lobby i znowu dowiezienie do samolotu lecącego do Warszawy. W Warszawie, z samolotu jestem odbierana przez pracowników centrum medycznego lotniska, którzy po odebraniu moich bagaży, przekazują mnie w ręcę uroczych ratowników. Zapakowana do karetki jadę w końcu do domu. Do moich bagaży dołączone są dwie kule i balkonik. Przyjdzie się na nowo uczyć chodzić.  I nie można powiedzieć, aby zakończenie tej podróży nie było w pewien sposób spektakularne 🙂

I tak się kończy czteromiesięczna wyprawa do Azji. Dużo widziałyśmy i dużo przeżyłyśmy. Były to wspaniałe, długie wakacje i mam nadzieję, że udało mi się, choć w niewielkim stopniu, swoimi relacjami przybliżyć Wam nie tylko najróżniejsze atrakcje Tajlandii, ale również pokazać obrazki z codziennego w niej życia.

Dziękuję tym, którzy chcieli to czytać 🙂

PS. Jeśli zdrowie pozwoli i mąż wypuści, to ja na te Filipiny jeszcze polecę 🙂