Pięć tygodni pobytu w Tajlandii minęło nie wiadomo kiedy. Upłynęły w większości na spokojnym plażowaniu, spacerach, nawiązywaniu nowych znajomości, robieniu drobnych zakupów czyli tak naprawdę na normalnym pomieszkiwaniu. Wynajmowanie czegoś w rodzaju apartamentu ma swoje dobre strony. Żadna pokojówka nie puka w celu sprzątnięcia pokoju, zrobiona własnoręcznie poranna kawa smakuje o wiele lepiej na tarasie niż w hotelowej restauracji, a na śniadanie można zjeść to, co samemu się wrzuciło do lodówki zamiast standardowych hotelowych jajek sadzonych z tostami, boczkiem i parówką, które praktycznie w każdym hotelu kosztują 150 THB. Obiad można zjeść potem gdziekolwiek w restauracji, na plaży lub zabrać ze sobą i odgrzać w domu. Ale jest także opcja, że można go sobie przygotować samemu 🙂 Dni w ten sposób płyną trochę leniwie, bez pośpiechu i, co najważniejsze, nie towarzyszy im gwar hotelowych gości i towarzyszące temu atrakcje.

Minusem w tym roku jest pogoda. W odróżnieniu do poprzedniego pobytu, tym razem pora deszczowa nie miała ochoty zakończyć się o normalnym czasie. Wielu dniom towarzyszyły ulewne deszcze, zwłaszcza wieczorami i nocą a od trzech dni szaleją porywiste wiatry. Z jednej strony, nie ma co narzekać, bo dzięki temu nie ma ogromnych upałów, nie grozi poparzenie skóry a powietrze jest świeższe, z drugiej – powrót do domu w kompletnie przemoczonym ubraniu nie należy do największych przyjemności. Ogranicza to także wyruszanie na morskie wycieczki, gdyż morze jest niespokojne i podróżowanie nim w takich okolicznościach nie jest specjalnie wskazane.

Ale pogoda nie może przecież ograniczać 🙂 Moi tajscy przyjaciele porwali mnie na dwa dni do miasta Koh Lak. W to miasto, tsunami z 2004 roku uderzyło najmocniej. Mówi się, że właśnie tutaj zginęło 80% wszystkich osób, których dotknął ten straszny kataklizm. Miasto było praktycznie zrujnowane i odrestaurowane od początku. Dzisiaj pamiątką po tamtych dniach jest stojąca daleko od plaży łódź, którą wyniosło wtedy morze parę kilometrów w głąb lądu i muzeum poświęcone tamtej katastrofie.

Kao Lak2 (Kopiowanie)

Jadąc do Koh Lak zatrzymaliśmy się na wspaniałą kolację w ślicznej restauracji zlokalizowanej na odcinku łączącym wyspę Phuket ze stałym lądem, gdzie potrawy były prawdziwie tajskie i prawdziwie pikantne 🙂

Do hotelu przyjechaliśmy wieczorem a widok z pokoju na bardzo ładny basen całkowicie mnie usatysfakcjonował.

Rano, dzielnie rezygnując z podwózki busem, ruszyłam w poszukiwaniu plaży, mając nadzieję zobaczyć coś jeszcze po drodze. No i nie do końca była to słuszna decyzja. Jadąc wieczorem, nie zwracałam szczególnej uwagi na otoczenie i nie zauważyłam, że hotel był trochę w oddaleniu od centrum. Kierując się wskazówkami Tajów zaczęłam swoją wędrówkę. Przede mną ukazała się szosa prowadząca do bardziej zaludnionych miejsc 🙂

Na trasie nie obyło się bez odpoczynku w przyjemnej kafejce przy filiżance dobrej kawy.

W końcu dotarłam nad brzeg morza, chociaż do dzisiaj nie wiem, czy na tę plażę, na którą jeździł hotelowy busik 🙂 Do hotelu wracałam już tuk-tukiem. To był naprawdę długi spacer 🙂

A ponieważ pogoda nie sprzyjała tego dnia kąpieli w morzu, skorzystałam z hotelowego basenu, gdzie czekanie na moich tajskich przyjaciół uprzyjemniało mi urocze zwierzę. Bez proszenia przyszło, bez pytania wtargnęło na kolana, przytuliło się i zasnęło 🙂

IMG_20171129_152325 (Kopiowanie)

Po powrocie na Kamalę zostałam przyjemnie zaskoczona zaproszeniem do tajskiego domu na małe przyjęcie urodzinowe przez poznaną tu Tajkę. Dało mi to okazję do bliskiego zetknięcia się z tajską rzeczywistością, która towarzyszy tu prostym, ciężko pracującym ludziom. Warunki, w których żyją trudno nazwać nawet skromnymi a pomimo tego obdarzają innych uśmiechem i życzliwością.  Może oczywiście nie wszyscy, może nie każdego lecz trudno ich w pewnym sensie nie podziwiać.

Tydzień temu, we wtorek, wyruszyłam na znany już z poprzedniego pobytu Nai Yang. W środę bardzo rano przywitałam na lotnisku swojego męża, któremu udało się jakimś cudem uzyskać miesiąc urlopu i który mi teraz towarzyszy. Zostaliśmy na noc w moim ulubionym hotelu, gdzie poprzednego wieczoru siedziałam z jego właścicielem w nowo wybudowanej restauracji do późnych godzin wieczornych, wspominając nasz pobyt z Ewą. Z przyjemnością, tym razem z mężem, podreptałam wydeptanymi poprzednio ścieżkami, patrząc, co się zmieniło a co pozostało na swoim miejscu. I w dalszym ciągu nie zmieniam zdania – pomimo oddalenia od plaży, lubię ten hotel i świetnie się w nim czuję, a plaża na Nai Yang jest cudowna.

No i nie obyło się bez wycieczki na Patong. Po spokojnej Kamali, chciałam pokazać mężowi tętniące gwarem ulice i słynną plażę, na której spędziłyśmy poprzednio tyle czasu. Po całym dniu na Patongu, zupenie nie rozumiem, jak mogłyśmy tam tyle dni z Ewą wytrzymać 🙂

Na Kamali jest jednak ciszej 🙂 ale nawet tutaj można polatać nad morzem ze spadochronem za motorówką. Mąż twierdzi, że to wspaniałe przeżycie.