Od przyjazdu męża czas w Tajlandii zaczął biec jakby szybciej. Pierwszy tydzień był okresem adaptacji i próby wysapania się po całym roku bez urlopu, ale potem poleciało z górki. Święta Bożego Narodzenia na wyspie Koh Yao Noi. Rankiem 23 grudnia Q razem z jej przyjaciółką Um zabierają nas na maleńką wysepkę, zamieszkałą w większości przez muzułmanów. Do portu zawozi nas Beer, który niestety z nami nie może pojechać. I pierwsze spotkanie mojego męża z małpkami, które biegają po porcie całkiem luzem, usiłując ukraść co się da. Fotografowane z bliska, kikują na telefon a tupanie nie robi na nich żadnego wrażenia.
W oczekiwaniu na tzw. speed boat pijemy kawę w portowej kafejce. Nasze bagaże leżą tuż przy nas, co wcale nie przeszkadza jednej z małp podskoczyć i wyciągnąć chipsy z torby Q. Robi to błyskawicznie. W oddaleniu, siedząc na dachu stojącego samochodu, rozrywa torebkę i zjada zawartość. Widać, że jej smakują. Kiedy wychodzimy z kafejki, ona już z bezczelną miną porywa innej osobie ciastka leżące na talerzyku z kawą. I co najgorsze, nie tylko, że się nie boi ale, odganiana, pokazuje zęby i wcale nie wygląda na przyjaźnie usposobioną. Tajowie bronią swoich własności za pomocą zwykłych procy, z których próbują strzelać do tych bardziej agresywnych.
A potem półgodzinna podróż i przenosimy się do krainy spokoju. Na nabrzeżu czekają tutejsze autobusy w postaci czegoś, co przypomina tuk-tuka ale jest od niego dłuższe i zabiera większą ilość osób. Kierowca od sztuki bierze 150 THB. Razem z naszą czwórką wsiada do niego gromada tajskich dzieci, które będą tutaj w specjalnym ośrodku trenować boks – narodowy sport Tajlandii. Po zakwaterowaniu w domkach jedziemy do następnego portu skąd wynajęta łódź zabiera nas na farmę rybną, a potem na bezludną wysepkę. Ja już znam te miejsca, ale mój mąż je widzi po raz pierwszy. I najwyraźniej jemu też się podoba. Karmi z zapałem rekiny i bierze do ręki wszystko, co mu właściciel w nie wepchnie 🙂
Na wysepce czas relaksu. Razem z Q zbieramy małe małże, które później odpowiednio przyrządzone przywiezie nam własciciel łodzi i farmy do ośrodka na wieczorną kolację.
W drodze powrotnej Andrzejowi udaje się przejąć na trochę ster drewnianej łodzi zwanej long boat zamontowany w postaci wielkiego drąga i z dumną miną wiedzie ją przez falujące wody Zatoki Tajlandzkiej 🙂

Przy kolacji miła niespodzianka. Pomimo, że Tajowie nie obchodzą Świąt Bożego Narodzenia, dostajemy od Q piękną kartkę z życzeniami świątecznymi i drobne prezenty. Na szczęście, my także mamy czym się odwdzięczyć. Prezenty wręczone dzień wcześniej, bo Q w niedzielę po południu musi wracać na Phuket. My zostajemy do poniedziałku.
Rano idziemy na plażę, na której praktycznie nie ma ludzi. Morze i plaża należą do nas. Jak zwykle nie mogę się powstrzymać od zbierania muszli. Po powrocie trzeba będzie kupić na nie nowe naczynie 🙂
Wieczorem kolacja wigilijna w knajpce przy plaży – wspaniale zgrilowana ryba, ryż, sałatka warzywna i spore całkiem lampki wina. Do tego fale bijące o brzeg i uśmiechnięte twarze obsługi.
Pierwszy dzień świąt spędzony na długim spacerze drogą nadmorską, kąpiele na mijanych plażach i życzenia Merry Christmas wypowiadane po drodze przez mieszkańców, którym nie przeszkadza w tym ich własna wiara. Po południu wracamy na Kamalę, gdzie spokojnie mija nam drugi dzień świąt.
