Miesiąc spędzony z mężem minął jakby z bicza trzasnął. Pełen nowych wrażeń, wyjazdów i powrotów, przepakowywania walizek i ponownego przemieszczania się. W ten sposób zleciało nie wiadomo kiedy prawie 30 dni. Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy. Wieczorem szaleństwo deserowe w ulubionej knajpce a dzisiejszym rankiem o 6.00 godzinie byliśmy już na lotnisku. Po krótkim pożegnaniu znowu zostałam sama. Jakoś dziwnie smutno i pusto się zrobiło.

Lotniska na Phuket, zarówno to międzynarodowe jak i krajowe, znajdują się w  północnej części wyspy, w odległości 32 km od głównego miasta Phuket Town. Z różnych części wyspy dojeżdża się do niego albo tzw. shuttle busami albo taksówkami. Wszystkie samoloty lądują na nich od strony morza i w jego kierunku też startują. W obydwie strony robi to wrażenie. Fajnie się je także obserwuje z plaży, nad którą przelatują. Jak się ktoś dobrze przyjrzy to właśnie zobaczy samolot, którym odlatywał mój mąż 🙂

Plaża w okolicy lotnisk jest jedną z ładniejszych plaż Phuketu i nazywa się Nai Yang Beach. Otoczona jest pięknym Parkiem Narodowym Sirinat. To jedna z moich ulubionych plaż na Phuket. Cicha, spokojna, miejscami trochę dzika, przede wszystkim odwiedzana przez samych Tajów, z małą, w porównaniu do innych miejscowości, liczbą nadmorskich resortów, a tym samym małą ilością turystów.

Będąc już na Nai Yang, nie mogłam sobie odmówić na nią spaceru, tym bardziej, że tak rano nigdy na niej wcześniej nie byłam. Była to dobra decyzja 🙂 Przez prawie dwie godziny miałam całą plażę dla siebie. No może nie bardzo tylko dla siebie, bo idąc nią natykałam się na całkiem spore stada psów, które najwyraźniej spędzają tu noce i rankiem jeszcze śpią wtulone w piasek. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że niektóre z nich potrafią być agresywne. Podczas robienia zdjęć jednej z grup, najwyraźniej nie spodobałam się któremuś z nich i próbował się rzucić na mnie z zębami. Na szczęście jakoś sobie z tym jego złym humorem poradziłam 🙂 Język polski najwyraźniej zrobił na nim wrażenie 🙂

W dwie godziny później byłam jednak świadkiem, jak pies z takiej gromady rzucił się na młodą dziewczynę, która z krzykiem uciekła przed nim do morza. Nie jestem nawet pewna, czy jej nie zadrasnął, bo było to w pewnym oddaleniu i tylko dochodził do mnie jej krzyk. Jak widać, trzeba na nie uważać.

Sama plaża przywitała mnie cudownym widokiem. Każdemu, kto wybiera się do Tajlandi, polecam ją z czystym sumieniem. Piasek bielutki i sypki jak mąka, woda przejrzysta a brzeg, podobnie jak na innych plażach, łagodnie się obniża. W taki poranek jak dzisiaj, gdy zamiast wzburzonych fal morze przypomina jezioro i jest gładkie jak tafla, pływanie w nim to sama przyjemność.

Wracając taksówką na Kamalę, miałam okazję pogadać z taksówkarzem, który jako tako mówił po angielsku. Przy okazji rozmowy na temat jednej z plaż, kierowca zwrócił uwagę, że bywają przypadki, iż niektóre tereny należące praktycznie do rządu, wykupywane są przez prywatnych włascicieli, pomimo, że tak być nie powinno. Niestety pomaga w tym powszechna w tym kraju korupcja. I tu stwierdził, że Tajowie bardzo szanują wojsko, które próbuje obecnie tę korupcję ukrócić i że nie mają racji ci, którzy krytykują uzyskanie przez nie większych praw do zarządzania tym krajem. I chyba nie on jeden tak myśli, bo tego typu opinie już mi się tu wcześniej obiły o uszy. Dla ludzi żyjących poza tym krajem, dla których rządy junty wojskowej są raczej nie przyjęcia,  takie stwierdzenia mogą wydawać się dziwne, ale jak widać Tajowie mają na ten temat własne zdanie. Z pewnością nie wszyscy, ale część jak widać tak.