No cóż, siedzenie w jednym miejscu zbyt długo nie leży w mojej naturze. A że sezon turystyczny na Kamali zbytnio jak na moje potrzeby się rozwinął, stwierdziłam, że czas się wybrać w mniej zaludnione miejsca. Po długich poszukiwaniach znalazłam hotel. Opinie mówiły, aczkolwiek niektóre z przekąsem, o odludziu. Pomyślałam, to coś dla mnie. Dokonałam rezerwacji i kupiłam bilet na prom. Rassada Pier czyli port, z którego miałam odpynąć znajduje się na południu Phuketu w pobliżu Phuket Town. Ponieważ prom odpływał dosyć rano, postanowiłam wyruszyć do Phuket Town dzień wcześniej i po spędzonej tam nocy, wyruszyć do portu. Nie musiałam się spieszyć więc zamiast taksówką, pojechałam do miasta lokalnym autobusem.

Oczywiście wysiadłam z niego za wcześnie 🙂 musiałam znaleźć jakiś inny środek transportu, którym powinnam się dostać do zarezerwowanego na chybił, trafił hotelu – byle jak najbliżej portu. Jedyną perspektywą podwózki okazał się być znowu skuterek (!). Walizka poszła na przód, ja na tył i prawdziwy, skuterkowy taksówkarz odstawił mnie do hotelu. Jazda na skuterze na Ko Chang przyniosła dużo emocji, ale jazda na skuterze przez połowę zatłoczonego miasta, podniosła mi ciśnienie chyba bardziej niż tam. A pan kierowca, bardzo grzecznie od czasu do czasu mnie pytał: Ok madame? Ok, ok odpowiadałam, pragnąc by ta jazda skończyła się jak najszybciej. Dojechaliśmy 🙂
Na widok hotelu ogarnęło mnie lekkie zdziwienie. Fakt, że wybierałam go kierując się raczej lokalizacją i ceną, ale jego umiejscowienie i widok, lekko mnie zaskoczyły. Wylądowałam na kawałku chińskiej dzielnicy a parterowy hotelik wciśnięty był pomiędzy domkami. Przywitał mnie młody Chińczyk, który był właścicielem tego lokum. Na szczęście nie było tak źle. Pokoik malutki, ale czysty a właściciel okazał się być bardzo sympatyczny.
Po zrzuceniu rzeczy wyruszyłam do miasta. Jakoś do tej pory nigdy nie miałaam okazji po nim spokojnie pochodzić. I okazao się, że tzw, starówka jest w nim całkiem przyjemna.
Rano wyruszyłam na prom. Oczywiście do portu zostałam odwieziona skuterkiem. Chyba powoli zaczynam się przyzwyczajać 🙂
Wyprawa na Krabi ma dwa etapy. Pierwszy prom płynie na wyspę Phi Phi, gdzie jest obowiązkowa przerwa, po której inny prom zabiera pasażerów do portu na Krabi. Po drodze wspaniałe widoki, zwłaszcza już w okolicach Phi Phi.
Sama Phi Phi też nie byłaby taka zła, gdyby nie te potworne tłumy, które się po niej plączą.
O 17.00 dotarłam na Krabi, skąd po godzinnej jeździe taksówką dojechałam do wybranego hotelu. Pokoje okazały się być pojedyńczymi domkami z całkiem sympatycznym wystrojem zarówno w środku jak i na zewnątrz. Niektóre z nich miały nawet swoje prywatne baseny 🙂 I nagle zapadła cisza.
Śniadanie pierwszego dnia po przyjeździe jadłam sama, a po ułożeniu się na leżaku nad basenem, z widokiem na morze, do godziny 16.00 nie widziałam nikogo.
O 16.00 przyszły one 🙂 Już nie byłam taka sama 🙂 a wieczorem towarzyszyły mi całe stada gekonów biegających po ścianach i suficie tarasu.
W rzeczywistości, okazało się, że w hotelu było nas osiem osób, z których stworzyło się na te dni bardzo sympatyczne, międzynarodowe towarzystwo. Byli Niemcy, Hiszpanie, Anglicy i ja. Dyskusje toczyły się po angielsku, z czego najbardziej cieszyła się i śmiała Angielka, która poza swoim ojczystym językiem, nie znała żadnego innego, a spokojnie mogła w tych rozmowach uczestniczyć 🙂 To były bardzo miłe dni, aczkolwiek hotelu nie polecam nikomu. W promieniu pięciu kilometrów nie ma tam nic. Niezmotoryzowani goście muszą całkowicie polegać na hotelowej restauracji, która niestety nie serwowała najlepszej kuchni, a na dodatek z uwagi na brak konkurencji, była droższa od pozostałych tego typu. Sprawdziliśmy, bo mając do dyspozycji samochód, udało nam się dwa razy zjeść kolację gdzie indziej. Ale gdyby ktoś chciał koniecznie się zresetować to hotel nosi nazwę Nantra De Luxe.
Po pięciu dniach całkowitego relaksu wróciłam na gwarną Kamalę. Wracając, zrobiłam jeszcze parę zdjęć w przystani na Krabi i podczas mijania wysepek.
