Jadę na ostatnią w tym roku wyprawę po Tajlandii. Tym razem Q razem z Beerem zabierają mnie na wyspę Ko Lipe. Po drodze obiecują pokazać ciekawe miejsca.

O dziewiątej rano ruszamy na trasę. Przed nami ponad cztery godziny jazdy. Pierwszy etap to Prowincja Trang. Po drodze podziwiam krajobrazy i oglądam mijane miasteczka, zwłaszcza Prowincji Krabi, przez którą przejeżdżamy.

W mieście Trang spędzamy noc, a nazajutrz pojedziemy do Prowincji Satun, gdzie w porcie zostawimy samochód i popłyniemy na wyspę.

Zanim jednak do tego dochodzi, Beer funduje nam ekstremalną atrakcję. Będziemy zwiedzać największą i najsławniejszą w Tajlandii jaskinię Khao Kop.

Do jaskini można się dostać jedynie drogą wodną. Wsiadamy do małej, drewnianej łodzi, która malowniczą rzeką dowiezie nas na miejsce. Z nami płynie dwóch wiosłujących Tajów, z których jeden robi za przewodnika.

Płynąc całkiem klimatyczną rzeczką zupełnie nie mam wyobrażenia tego, co nas czeka u celu tej krótkiej podróży. I nagle, przed nami otwiera się czarna dziura, a my dostajemy polecenie położenia się w łodzi na płasko. A potem to już bajka i horror zarazem. Sklepienie skał tuż nad naszymi głowami.

Po drodze dwa postoje, gdzie wychodzimy z łodzi i wędrujemy po pieczarach. Stalagmity i stalaktyty nie pozwalają oderwać od siebie wzroku.

W niektórych miejscach idziemy bardzo pochyleni, bo inaczej nie da się przejść. Widoki nie do opisania a i zdjęcia, robione z fleszem, nie są w stanie oddać tego piękna ukrytego głęboko pod ziemią.

W jednej z pieczar miejsce ku czci Buddy, inna nosi nazwę Wedding Chamber, gdzie kapiąca przez setki lat woda wyrzeźbiła nawet łoże małżeńskie 🙂

Jest także Big mother and father.

Gdzieś w głębi, dochodzimy do małego słonika, pod którym przejście przynosi podobno

I to jest ta bajka. A horror zaczyna się po wyjściu z ostatniej pieczary. Wsiadamy do łodzi, gdzie tym razem przewodnik układa nas już w konkretny sposób. Leżymy w niej na płasko, odpowiednio balansując łódkę. I wpływamy w całkowitą czerń, oświetlaną czasami przez przewodnika latarką.

Sklepienie już nawet nie nad głową a raczej nad nosem. Są momenty, kiedy mam wrażenie, że skały zedrą mi skórę z twarzy. Jakim cudem tych dwóch ludzi jest w stanie prowadzić tę łódkę – nie wiem. Wiem natomiast jedno – marzę, żeby stąd wypłynąć. Nie jestem klaustrofobiczna, ale czuję, że tym razem zaczynam się dusić. Miejsca brakuje nie tylko u góry ale i po bokach. Pod nami podobno 7 metrów głębi tej jaskiniowej rzeki i te ciemności, w których jakakolwiek niespodzianka, może zakończyć się różnie. Cała trasa liczy sobie 200 metrów. Dla mnie to 200 kilometrów. Nie jestem zbytnio strachliwa, ale uziemiona na tej łódeczce, ze świadomością, że nie mogę się ruszyć, bo nie tylko zrobię krzywdę sobie, ale także mogę spowodować krzywdę innym, powoli zaczynam odczuwać lekki niepokój.

Z ogromną ulgą widzę jak w końcu sklepienie ucieka mi z czubka mojego nosa i mogę zacząć oddychać normalnie. I nie wstydzę się przyznać, że z łódki wychodzę na lekko trzęsących się nogach, ręce mi drżą a serducho bije jakby trochę nierówno 🙂 Bajka i horror przynoszą moc emocji i wrażeń.