Rano w sobotę wsiadamy na dwie wynajęte łodzie. Jest nas 14 osób, po siedem w każdej łódce. Wypływam z grupą przyjaciół Q i Beera na snorkling. Zastanawiam się, czy ten dzień uratuje renomę Ko Lipe.

Początek raczej koszmarny. Na plaży kłębi się tłum, który tak jak i my, zamierza zobaczyć na własne oczy, co kryją wody okolicznych wysepek. Jak zwykle przed wejściem do łodzi spory bałagan. Nie ukrywam, że jestem już tym wszystkim nieco zdegustowana.

I nareszcie trochę jak na mój gust, zbytnio zdezelowana łódź, zabiera nas z tego tłumu. Płyniemy.

Po drodze moją frustrację zaczynają rekompensować widoki. Powoli mój kiepski nastrój mija. Zaczyna być pięknie 🙂

Pierwsze snurkowanie raczej nieudane. Woda oczywiście piękna i przejrzysta, są w niej nawet jakieś ryby i jest na co popatrzeć, ale okazuje się nagle, że nie można wrócić do łodzi. Jest przypływ i znosi nas wszystkich do brzegu. Żeby nie wiem jak machać rączkami, to praktycznie stoi się w miejscu. Na dodatek w czasie snurkowania, dobija coraz więcej łodzi i już nie wiadomo, która łódź to ta właściwa. Wszystkie praktycznie są takie same a sterników też się nie daje specjalnie rozpoznać. Widzę na twarzach niektórych płynących osób niemałą panikę, gdyż nie tylko, że nie mogą dotrzeć do linii stojących kręgiem łodzi ale nie mogą także rozpoznać swoich własnych. Na szczęście, tym razem czujni sternicy widząc, co się dzieje, zaczynają rzucać na linach koła ratunkowe lub same liny i ciągną poszczególnych pływaków do siebie. Już nie ważne czy ktoś jest z tej łodzi, czy z innej. Ważne, żeby do nich dotrzeć.  A potem już od liny do liny, można odnaleźć tę konkretną. Udaje mi się zlokalizować w wodzie parę przyjaciół Q z mojej łódki, którzy już trzymają się koła a mnie rzucają linę. Powoli docieramy do łodzi, choć nie do własnej, tylko drugiej grupy. Towarzystwo się przemieszało ale wszyscy szczęśliwie, potężnie zmęczeni siedzimy na pokładach.

Sternicy przyznają, że pogoda nie jest sprzyjająca. Wyruszają na szukanie miejsc, w których wody będą spokojniejsze i gdzie będzie można popływać bezpieczniej. W rezultacie spędzamy ponad 6 godzin na wodzie, dopływając do różnych miejsc, gdzie faktycznie można już ponurkować.  Ten dzień należy do udanych.

A po drodze, na wysepce, na której gdzieś w międzyczasie jemy  zabrany z łódki lunch, karmimy bawiące się tam małpki. Dzień kończy wspaniały zachód słońca.

W jakimś stopniu wodny dzień nastawia mnie przychylniej do, może nie samej Ko Lipe, ale do całej tej podróży.  Tym samym, razem ze zwiedzaniem jaskini, czyni tę ostatnią wyprawę w Tajlandii bardziej znośną i znosi lekko poczucie straconego czasu i pieniędzy 🙂

W niedzielę wracam na Kamalę. I teraz już przede mną tylko tydzień. Za chwilę wracam do domu 🙂