W sobotę rano wyruszamy dalej. Żegnamy uroczy zakątek, w którym spędziliśmy noc i jedziemy zdobywać następne prowincje 🙂 Pierwsza to Suphan Buri i oczywiście znowu jeszcze jedna sławna świątynia 🙂 Docieramy tu ok. 10.00. Już jest gorąco. W długim pasażu przy świątyni przepięknie wymalowane ściany tworzące jedną wielką historię dawnych czasów. Do każdego obrazu dołączona tablica z opisem.






W samej świątyni całkiem tłoczno. Tajowie z kwiatami lotosu i kadzidełkami w rękach oddają cześć Buddzie. Ja wyłapuję co ciekawsze fragmenty.








Świątynia nosi nazwę Way Pa Lelai Worawihan.
Następny cel to Prowincja Kanchanaburi. Po drodze ciekawostki. Podobno bardzo sławna Meena Caffe, z której drewniane kładki przez podmokłe tereny prowadzą do następnej świątyni położonej na wysokim wzniesieniu. Kategorycznie odmawiam wchodzenia, tym bardziej, że temperatura coraz bardziej rośnie 🙂 Całkowicie wystarcza mi krótki spacer kładką, aczkolwiek trzeba przyznać, że widok bardzo ładny. Zadowalam się nim jednak z niziny i sporej odległości 🙂





Następna ciekawostka po drodze to Giant Monkey Pod Tree. Tym razem oglądamy cud natury. To taki tutejszy Bartek, choć nasz biedak przy tym drzewie, będącym prawdopodobnie jakąś odmianą akacji, wydaje się być maleństwem. Drzewo to nie tylko objęte jest pewnego rodzaju kultem, ale tak jakby z lekką pokorą oddaje mu się hołd. Tajowie wierzą, że drzewa mają duszę, więc podchodzą do nich z dużym respektem. Zwłaszcza do takiego.





Przy okazji znalazł się jeszcze piękny okaz kaktusa 🙂


Dalej droga prowadzi przez malownicze krajobrazy wioseczek, oddalonych gdzieś wzgórz i choćby takich obrazków 🙂





Dojeżdżamy w końcu do Kanchanaburi. I tu już upomina się o siebie historia. Miasto jak i prowincja ściśle związana z okresem drugiej wojny światowej, budową słynnej linii kolejowej do Birmy przez Japończyków i śmiercią tysięcy ludzi, których zmuszono tu niewolniczą pracą do jej stworzenia. Kierujemy nasze kroki na tutejszy cmentarz, gdzie pochowano ponad 6000 żołnierzy, którzy zginęli tu w walkach i podczas morderczej pracy przy budowie kolei.









Potem wizyta w muzeum upamiętniającym okres budowy tzw. drogi śmierci.




Po dosyć męczącym dniu chwila odpoczynku w hotelu a wieczorem specjalna atrakcja. Najwyraźniej mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy do Kanchanaburi na ten jeden dzień w roku, gdy odgrywana jest tu akcja wysadzania w powietrze transportu japońskiego na osławionym moście na rzece Kwai. Niesamowite widowisko, trwające prawie godzinę ze wspaniałymi efektami wizualnymi i dźwiękowymi. A na koniec krótki pokaz fajerwerków.

