Po objeździe nieznanych mi do tej pory prowincji Tajlandii w końcu wizyta w Bangkoku. Trzeci raz w tym kraju, a tak naprawdę dopiero teraz mam okazję rzucić okiem na to miasto.  Zwiedzanie aglomeracji miejskich nie należy do moich największych przyjemności, ale jeśli tak już wypadło, to trudno. Trzeba to jakoś przeżyć 🙂

Pierwszy wieczór faktycznie dosyć atrakcyjny. Wizyta w pięknej części Bangkoku i rejs całkiem eleganckim statkiem po rzece, pozwala odetchnąć w odrobinie luksusu a i widoki okazały się być całkiem przyjemne dla oczu. Ta dzielnica Bangkoku robi faktycznie wrażenie, zwłaszcza o zmroku. Okres przedświąteczny nie był tu także bez znaczenia i uczynił widok jeszcze przyjemniejszym. 

Rankiem wizyta na jakimś ogromnym bazarze, gdzie popełniamy drobne zakupy. Stamtąd wyruszamy do pałacu króla. Jest to obowiązkowy cel podróży w Bangkoku. Gorąco, a tu na dodatek trzeba zakupić długie spodnie, bo szorty nawet za kolana, są strojem nieakceptowalnym. A potem zwiedzanie całego kompleksu świątyń i obszaru pałacowego. Powiem szczerze, że pomimo faktycznie imponującej architektury i pewnego uroku tego miejsca, opuszczam je z ulgą 🙂 

I w końcu, po kilkudniowej, pełnej niesamowitych wrażeń wyprawie, wracamy na Phuket. Dzięki moim, młodym tajskim przyjaciołom zobaczyłam naprawdę spory kawałek Tajlandii i miałam okazję poznać ciekawe fragmenty z jej historii.