Pomimo, że tak naprawdę Tajowie wstają wcześnie, prawdziwy dzień zaczyna się od hymnu. Codziennie punkt 8.00 rano w całej Kamali (myślę, że w innych miejscowościach także) dobiega, z rozsianych po ulicach głośników, fragment tajskiego hymnu. Hymnem kończy się także równo o 18.00 dzień powszedni. Czasami w godzinach porannych, można po hymnie usłyszeć jakieś wiadomości. Są to, jak mi mówiono (bo przecież ja tego nie rozumiem 🙂 ) informacje dotyczące byłych lub nadchodzących wydarzeń. A jako że Kamalę zamieszkuje także w dużej mierze społeczność muzułmańska, to w niedługim czasie po wiadomościach włącza się głos muezina z pobliskiego meczetu. Wraz z całą tą społecznością zaczynam i ja swój normalny dzień.

W domu, który wynajmuję niestety nie ma pralki i jest to drobna uciążliwość. W takich sytuacjach, w latach poprzednich, drobne rzeczy przepierało się ręcznie, a z większymi szło się do „laundry” czyli tutejszych pralni, rozsianych gęsto po wszystkich mniejszych i większych miejscowościach. Tajowie jednak wymyślili jeszcze jeden sposób zarabiania pieniędzy, ułatwiając jednocześnie życie nie tylko turystom ale i rdzennym mieszkańcom. Przed drobnymi sklepikami a nawet tymi większymi, ustawiono na zewnątrz pralki automatyczne o różnej pojemności. Do trochę mniejszych należy wrzucić 30 batów a do tych większych 50. Przychodzi się z własnym proszkiem (czasami przy pralkach wiszą już torebki z określoną ilością, które można zakupić na miejscu), wrzuca rzeczy do pralki i ustawia się program. A po godzinie czy trochę dłuższym czasie, wraca się i pranie gotowe. W międzyczasie można np. iść do fryzjera, zrobić drobne zakupy, czy też wrócić do domu, jeśli takowy zestaw pralek jest w pobliżu. A jeśli już jest taka potrzeba, to zawsze można skorzystać z laundry, gdzie nie tylko rzeczy upiorą ale i wyprasują 🙂 A potem, jak się jest miłym i komunikatywnym (jak to bywa w moim przypadku 🙂 ) to uprzejma pani z pralni, załaduje pranie i właściciela na skuterek i odwiezie do domu, żeby z ciężkim praniem po ulicy nie latać 🙂

Ostatnie dni przedświąteczne spędzam przede wszystkim na robieniu porządków i zakupów, bo moja tajska „rodzina” zapowiada już wcześniej, że z pewnością nie zostawi mnie samej, zwłaszcza na Wigilię. W ten sposób zmusza mnie do przygotowania czegoś na stół wigilijny. Ponieważ moi tajscy przyjaciele wybierają się w czerwcu przyszłego roku do Polski, uznaję, że dobrze im jednak pokazać choć trochę, jak smakuje polska kuchnia, która nie wyciska łez z oczu i nie przepala całego przewodu pokarmowego. Przygotowanie czegoś polskiego i na dodatek tradycyjnego nie jest w Tajlandii rzeczą prostą, chociaż i tak jest już lepiej niż dwa lata temu. Mam oczywiście ze sobą cały zestaw polskich przypraw, których tutaj poprzednio nie znalazłam, ale jak tu zrobić przykładowo zwykłą sałatkę warzywną, kiedy nie można znaleźć np. korzenia pietruszki czy zwykłych, leśnych suszonych grzybów niezbędnych do ugotowania zupy grzybowej 🙂 Ale daję jakoś radę – jest i ala sałatka warzywna i sałatka z tuńczykiem jak również zupa grzybowa choć z tajskim, cieniutkim makaronem. Największym zaskoczeniem okazuje się być karp, na którego natykam się w tutejszym, dużym markecie. I to już jest kompletna niespodzianka. Jest trochę szczuplejszy od naszego, trochę jaśniejszy, ale jest. I tym samym serwuję moim młodym przyjaciołom prawie tradycyjne, polskie dania 🙂 Na wszelki wypadek kupuję także bardzo ostry sos, gdyby jednak musieli te nasze dania czymś doprawić 🙂 Oni przywożą swoje tajskie przysmaki i tym sposobem kolacja wigilijna robi się międzynarodowa :). Żeby było choć trochę świątecznie, zawieszam w pokoju choinkowe lampki i robi się miło.

A w ciągu dnia na plaży można zobaczyć turystów. którzy jeszcze w pełnym słońcu zaczynają świętować nadchodzące Boże Narodzenie.

Tajowie mają świetną pamięć do twarzy. Często witają mnie ludzie, z którymi zetknęłam się na Kamali dwa lata temu. Teraz, chodząc codziennie od miesiąca tą samą drogą na plażę czy do sklepów, odpowiadam na powitania siedzących przed domami czy sklepikami Tajów. Wygląda na to, że już jestem swoja :); sprzedawczyni w pobliskim sklepiku, pani z pralni, muzułmanka oferująca owoce proponują mi podwiezienie na plażę na skuterku, bo przecież to jest tak daleko i po co mam chodzić, kiedy mogą mnie podwieźć. I dziwią się, kiedy dziękuję i mówię, że chce iść piechotą. Bo Tajowie nie chodzą, Tajowie jeżdżą samochodami lub skuterkami i nawet im do głowy nie przyjdzie pójść np do 7Eleven 🙂

Tutaj chodzą tylko tacy jak ja – turyści 🙂 i to też tylko Ci, którzy nie odważyli się wypożyczyć skuterków i włączyć się do ich szalonego ruchu.

Ale czasami i ja mam okazję skorzystać z miejscowego transportu 🙂 Ulicą, która zazwyczaj chodzę, jeździ od czasu do czasu lokalny autobus, którym można dojechać na plażę i co ciekawsze, za każdym razem inną drogą 🙂

Kiedy natomiast idę na plażę spacerem, codziennie obserwuję przemianę ulic – zupełnie inne małe jadłodajnie otwarte są rano a zupełnie inne wieczorem. I jak się okazuje, jest także na Kamali mała uliczka rozrywkowa, senna i cicha przed południem i kolorowa, pełna gwaru i muzyki wieczorem. W niewielkich barach siedzą młode Tajki w oczekiwaniu na gości.

Jak się na plaży posiedzi dłużej, to dzień można zakończyć zachodem słońca