Nie chcąc tracić pierwszego dnia w Siem Reap, jeszcze z Kamali rezerwuję popołudniową wycieczkę nad jezioro Tonle Sap oddalone o ok. 20 km od miasta.
O godzinie 15.00 zajeżdża po mnie minibus. No cóż, żadną miarą nie przypomina on minibusów, którymi mnie zabierano na wycieczki w Tajlandii. Poniszczone siedzenia, klima praktycznie nie działa, ale jedzie 🙂 Po drodze zabieramy czwórkę Francuzów i troje młodych ludzi, których narodowości nie poznałam, bo w ciągu całej wycieczki unikali jak mogli jakiegokolwiek kontaktu 😀

Pierwszy etap tej wycieczki to farma lotusów. Zanosi się je zazwyczaj w ofierze do świątyń buddyjskich. Jak się okazuje, farma ta jest także miejscem weekendowych spotkań mieszkańców Siem Reap, którzy urządzają tu sobie regularne pikniki, mając do dyspozycji wybudowane na całym terenie, drewniane szałasy pokryte jakąś trawą lub trzciną. Ustawione są wokół sporej wielkości zbiornika wodnego, w którym kotłuje się cała masa tzw. catfishes, co w tłumaczeniu na nasze oznacza kocie ryby (zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, która z naszych ryb może je przypominać).




Następnie jedziemy do tutejszego portu zlokalizowanego na kanale wiodącym do jeziora. Łódź na którą wsiadamy przypomina raczej czasy prehistoryczne 😀 przyznam się szczerze, że wchodzę na nią z lekkim niepokojem i niedowierzaniem, że coś takiego może jeszcze pływać 😀. Kanał, którym płyniemy wypełnia coś, co przypomina bardzo rozwodnione błoto. Woda jest brunatna i w niczym nie przypomina znanych mi akwenów wodnych. Ze zdziwieniem patrzę po drodze, że jednak spotyka się w niej zanurzonych ludzi. Podobno łowią tam ryby. Po drodze mijamy jakieś nadbrzeżne „osiedla”. Przewodnik mówi, że to wioski rybackie.






Nasza dzielna łódka wpływa w końcu na jezioro, którego wielkość przekracza wyobrażenia. W zasięgu wzroku nie widać żadnego brzegu i Kambodżanie nie bez kozery nazywają swoje jezioro morzem. I tu trafiamy na pływającą wioskę w pełnym słowa tego znaczeniu. Nagle ukazują nam się na wodzie dziesiątki chatynek, chyba jednak jakoś zakotwiczonych, bo raczej utrzymują się na wodzie w jednym miejscu. Wioskę zamieszkuje ok. 2000 ludzi choć nie ma pewności, czy ich dobrze policzyli 😀 Są to w dużej mierze uchodźcy, którzy znaleźli się tutaj w wyniku różnych wojen cywilnych jakie toczyły się na tych terenach. Rząd Kambodży pokrywa 80% kosztów utrzymania tych ludzi. Pozostałe środki pochodzą z różnych źródeł. Społeczność ta jest w miarę zorganizowana. Mają tu szkołę, kościół katolicki i świątynię Buddy. Wodę do mycia biorą z jeziora, równocześnie oddając mu swoje nieczystości! Wodę do picia biorą z zakupionych, ogromnych baniaków. W porze monsunowej ich domki są domami faktycznie pływającymi, a jezioro, które ma dzisiaj barwę rozwodnionego błota, podobno oczyszcza się i przypomina wody innych jezior. Patrząc na to dzisiaj, trudno mi w to uwierzyć.






I przedostatni etap podróży, najbardziej smutny i przerażający, bo dotyczy zwierząt. Mają tu na jeziorze farmę krokodyli, które niestety hodowane są na skóry i mięso. Większość z nich eksportowana jest do Chin, po to by chińskie pseudo damy mogły kupować buty i torebki z ich skóry a żarci Chińczycy pożerać ich mięso. Widok przykry, zwłaszcza gdy zna się perspektywę.


A potem to już tylko kolacja i zachód słońca podobno (tak było w opisie wycieczki 😀) na największym statku turystycznym na tym jeziorze. Stan tego statku naprawdę wymaga już poważnych konserwacji w doku, aczkolwiek jedzenie na nim było dobre i widok zachodu słońca też nie najgorszy 😀



