No dobrze, muszę trochę zweryfikować swoją opinię o Siem Reap 🙂 Przy wyborze hotelu jak zwykle zadziałał mój instynkt i ciągoty bardziej do miejsc lokalnych niż do centrów miast. I jak się rzeczywiście okazało, hotel wybrałam sobie całkiem niezły, ale położony w tzw. lokalnej części miasta. Do centrum jest stąd ok.4 km.

Po wczorajszym spacerze w trudnym terenie postanawiam spędzić parę godzin nad uroczym basenem a po południu wybieram się do miasta 🙂

Okazuje się, że w tym mieście są całkiem ładne ulice, w wielu miejscach bywają także chodniki, a strefa nad rzeką zabudowana jest pięknymi hotelami.

Docieram na początek do Old Market. No tu znowu owoce, warzywa, tysiące ciuszków miesza się że stoiskami ze złotem. Trochę to wygląda obciachowo 🙂

Po drugiej stronie rzeki też market, ale tu już przynajmniej wygląda to wszystko dużo lepiej. Na szczęście jestem ograniczona siedmio-kilogramowym bagażem więc nie muszę się martwić zakupami 🙂

A potem spacer ulicą nadrzeczną, gdzie natykam się właśnie na bardzo ładne hotele i budynki.

Po drodze korzystam z tzw steet food i zjadam przy mikroskopijnym stoliku na mikroskopijnym krzesełku wspaniałą w smaku kambodżańską nuddle soup, czyli zupę z kluseczkami. Naprawdę bardzo dobra.

Tym samym odszczekuję trochę moje pierwsze wrażenia. Oczywiście, ładne jest tylko centrum. Boczne ulice i te położone trochę dalej niestety wyglądają, tak jak ta, przy której stoi mój hotel.

Po powrocie do hotelu kupuję na straganie coś, co nazywają tu Plum Fruit, a co wyglądem tak naprawdę przypomina nasze mniejsze ziemniaki. Jest to jednak owoc i na dodatek bardzo smaczny. Jem go po raz pierwszy w życiu 🙂

Niedzielę spędzam już nad hotelowym basenem, bo w poniedziałek o 6.00 rano muszę być na lotnisku.

Przygoda z Kambodżą się już kończy. A szkoda, bo to ogólnie całkiem ładny kraj, z pięknymi widokami poza miastem i bardzo miłymi ludźmi.