Przebywanie całymi dniami na plaży w Kamali może się jednak po jakimś czasie znudzić. Trzeba poszukać czegoś nowego. W trochę chłodniejszy niż zazwyczaj dzień wybieramy się z moją szwedzką znajomą na spacer do pobliskiego wodospadu. Wody to tam za dużo się nie spodziewamy, bo pora raczej sucha, ale może w końcu pójdziemy w przeciwnym kierunku do plaży. Zamiast więc z domu iść na prawo, idziemy na lewo. W tę stronę jeszcze nie chodziłam. Okazuje się, że to całkiem dobry kierunek. Domy, budynki i przyroda wyglądają tutaj inaczej. Jest dużo ładniej i bardziej zielono.
W przyjemnej knajpce po drodze wypijamy zimne szejki przed ostateczną drogą do wodospadu.
Sam wodospad, Bang Wan Waterfall, tak jak się spodziewałyśmy, wielką wodą nie zachwyca, ale droga do niego jest malownicza a i okolica bardzo ładna.
Wracamy bardzo z siebie zadowolone.
Parę dni później, moja tajska przyjaciółka Moon zabiera nas w urocze miejsce, którego do tej pory nie znałam, a które nie jest wcale aż tak daleko od samej Kamali. Jest to także plaża tzw. Hua Beach, ale nad bardzo maleńką i śliczną zatoką, otoczona kawałkiem tutejszej dżungli.
Uroku dodaje obecność tu azjatyckich słoni przyprowadzanych przez ich właścicieli. Jest to oczywiście na zamówienie pojedynczych turystów, którzy przy okazji dają im banany, bawią się z nimi w morzu, robią sobie z nimi zdjęcia. Na szczęście na nich nie jeżdżą .
Przy plaży także maleńka knajpka, w której serwują całkiem dobre jedzenie. Spędzamy tu dobrych parę godzin w oderwaniu od dużej ilości turystów i hałasu.
No i ostania próba oderwania się od zatłoczonej plaży na Kamali. Tym razem wybieramy się już w daleką podróż. Jedziemy prawie 9 godzin autobusem do miejscowości Huai Yang, w pobliże granicy z Birmą, która według mojej szwedzkiej znajomej jest wspaniała, cicha, z niewielką ilością turystów i pustymi plażami. Wróciła po pobycie tam pełna entuzjazmu i jest gotowa pojechać tam jeszcze raz. W poszukiwaniu ewentualnych nowych miejsc pobytu wyrażam chęć obejrzenia tego miejsca. Kupujemy bilety i nocnym autobusem wyruszamy w podróż.
O drugiej w nocy, kierowca autokaru jadącego z Phuket do Bangkoku, zapomina, że dwie osoby powinny wysiąść po drodze na dworcu autobusowym w miasteczku Thap Sakae, na który wcale nie zajechał i wyrzuca nas na tzw highway razem z bagażami, po czym odjeżdża!!! Zostajemy w ciemnościach na autostradzie. Wygląda na to, że Thap Sakae zostało za nami. 🙂 W oddali po drugiej stronie autostrady widzimy stację benzynową. Z trudem przekraczamy autostradę, której pasma oddzielone są głębokim rowem z chaszczami (w których nie wiadomo, co siedzi nocą) i docieramy do stacji, przy której jest także sklep sieci 7Eleven. Aby dojechać do miejsca przeznaczenia – ok. 15 km potrzebna jest nam jakaś taksówka. Próby skomunikowania się z personelem, który nie mówi ani w ząb po angielsku są trudne i wydają się być bezskuteczne. Jakimś cudem w końcu docieramy na miejsce.
I tu niespodzianka – wydawałoby się, że czas kolonizowania innych krajów dawno już świat ma za sobą. Nieprawda – jak się okazuje Szwedzi dokonali najazdu nie tylko kiedyś na Polskę, ale wiele lat temu także na kawałek Tajlandii. Zbudowali tu małe osiedla domków jednorodzinnych, otoczyli murami, wykopali baseny, postawili ochronę i żyją jak pączki w maśle. Niektórzy mieszkają tu prawie na stałe, inni przebywają przez dłuższy lub krótszy okres czasu a inni te domy wynajmują. Zorganizowane wspólnoty, z firmą zarządzającą osiedlem i zagospodarowaniem terenu. Jednym słowem – mała Skandynawia.
Dom, który został nam wynajęty wygląda faktycznie dobrze. Dwie sypialnie, salon, aneks kuchenny, ogromna weranda. I wszystko takie europejskie – dla mnie zgroza.
Po odespaniu nocnych przygód idziemy na plażę. Świat za bramą osiedla zaczyna przypominać Tajlandię. Droga do morza zajmuje ok 12 minut i jest już bardziej wiejską drogę niż ścieżką osiedlową. Nareszcie jest ładnie.
Plaża ciągnie się przez wiele kilometrów i jest faktycznie prawie pusta. Na plaży knajpa, która wydaje leżaki. Można je ustawić w słońcu lub pod rozpostartą nad głowami siatką. Parasoli brak.
Wieczorem zostaję przeciągnięta przez trzy knajpy i zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy to miejsce faktycznie jest dla mnie. I to z kilku względów. Cała ta miejscowość położona jest na bardzo dużym terenie, co oznacza, że cała niezbędna infrastruktura w postaci sklepów czy knajpek jest dosyć daleko. Tak naprawdę najbliżej jest do plaży, ale nawet do niej nikt nie używa nóg. Wszyscy mają skutery albo tzw sarengi, czyli połączenie skutera z bocznym siedziskiem dla innych osób. Są to takie samoróbki produkowane chałupniczym sposobem. Bez jakiegokolwiek środka lokomocji, poruszanie się po tym terenie, zwłaszcza w upały, jest trochę utrudnione. Wieczorami natomiast na drogi wychodzą tajskie psy a na poboczach łatwo się można natknąć na węża. Jednym słowem, spacery zarówno dniem jak i nocą nie są wskazane. Albo upał albo zwierzątka. A ja tutaj nie prowadzę żadnego pojazdu.
Inną także kwestią jest dla mnie tamtejsze środowisko. Nie mam oczywiście nic przeciwko Szwedom, ale przebywanie tylko z nimi, nie leży w moim kręgu zainteresowań. Ja szukam Tajlandii w Tajlandii a nie Europy. Jak będę miała ochotę na szwedzkie towarzystwo, to wyjadę do Skandynawii.
Po trzech dniach mam dosyć. Zostawiam swoją towarzyszkę w jej świecie a sama wracam na Phuket. Bez wątpienia samo miejsce jest warte obejrzenia, zwłaszcza jak się szuka spokoju, ale to jednak nie moja bajka. Tym razem próba oderwania się od plaży na Kamali, w moim przypadku, nie do końca udana. Ale coś jednak widziałam 🙂











































































