Jak już wspomniałam, samotne podróżowanie daje o wiele większe możliwości zmiany planów niż podróżowanie w grupie. Decyzja o wyjeździe do Udawalawe zapadła wieczorem, po powrocie ze wspaniałej wycieczki wokół Hatton. Perspektywa ewentualnego stania w pociągu w czasie drogi do Ella przestała mi odpowiadać. Uznałam, że wyjazd do parku narodowego i następne safari przyniosą mi więcej radości, niż widoki na trasie pociągu. Przyjęłam ofertę mojego gospodarza i z samego rana ruszyliśmy tuk-tukiem w drogę. Wiedziałam, że nie będzie to najłatwiejsza podróż, ale z drugiej strony czekały na mnie nowe atrakcje widokowe na całej trasie. I nie zawiodłam się. Prawie 5 godzin jazdy pozwoliło obejrzeć Sri Lankę od tzw zaplecza. Droga prowadziła znowu przez herbaciane pola, góry, maleńkie wioseczki i dżunglę drogami najróżniejszej jakości. Czasami faktycznie trzęsło okropnie, ale było czym napaść oczy i tak naprawdę było warto.

W Udawalawe, mały bungalow za psie pieniądze, czysty, bez specjalnych udogodnień, zupełnie wystarczający na dwie noce. Poza tym, nie ma czego wymagać za 36 zł 😃 Na drugi dzień wyruszyłam na całodzienne safari. 8 godzin w jeepie dało się też trochę we znaki, ale przy zaserwowanych wrażeniach, nie miało to zupełnie znaczenia. Słonie, chłodzące się w wodzie buffalo, czające się na nie i ledwo wystające z wody krokodyle, wiele gatunków ptaków, rozbawione stada małp, przebiegające w pędzie przez drogę dzikie świnie. Zróżnicowana roślinność i słodki, pełen rozmaitych aromatów zapach dżungli. Są w życiu emocje i wrażenia, których się nie da w żaden sposób opowiedzieć,

Z Udawalawe wyjechałam z dwoma Holenderkami samochodem do Tangalle. Podzieliłyśmy się kosztami i w ten sposób, chociaż raz droga pomiędzy miastami przebiegła w sposób całkiem normalny.

Tu po raz pierwszy jakiś rodzaj jednak małego hoteliku, wybrany wcześniej z premedytacją, z uwagi na bliskość plaży. Bo właśnie ta plaża była w tym wszystkim najważniejsza. Lokalna społeczność prowadzi tu program ochrony żółwi. Właśnie na tę plażę od dziesięcioleci a może nawet i więcej, przypływają ogromne samice, żeby składać tu swoje jaja. Ludzie zaangażowani w ten program pomagają im i chronią zarówno żółwie, jak i później gniazda z jajami i pilnują momentu wylęgu małych żółwików. Ponieważ rząd niespecjalnie bierze udział w finansowaniu takich projektów, próbują zdobywać jakieś środki poprzez pokazywanie tego procesu turystom za praktycznie symboliczną kwotę. Sama plaża jest bardzo ładna, aczkolwiek to nie do pływania. Ocean Indyjski jest tu niespokojny i wysokie fale, raczej niebezpieczne, nie zachęcają ani do pływania, ani nawet do zabawy z falami.

Przebieg całego procesu jest pod kontrolą i przy zachowaniu pewnych reguł, które są cały czas egzekwowane. Żadnego flesza, żadnego białego światła, cisza, dochodzenie do samicy tylko z określonej strony. Żółwie nie widzą czerwonego światła, dlatego tylko takie latarki mogą być w użyciu.

Samica po przybyciu na plażę i wyszukaniu sobie miejsca, kopie najpierw ogromny dół, w którym się umieszcza. I nikt nie ma prawa podchodzić w tamtym kierunku, bo nie wolno jej w tej czynności w żaden sposób przeszkadzać. Można do niej podejść w momencie, gdy zaczyna proces składania jaj. Podobno w tym czasie samica traci tak jakby świadomość tego, co dzieje się wokół niej i jest skupiona tylko na jajach. Dlatego nie wie, że jest obserwowana. Niestety same zdjęcia nie są w stanie pokazać wszysttkiego. W tym czerwonym świetle wiele nie widać.

Każda samica składa od 130 do 160 jaj, z których, po wykluciu jeden na dziesięć żółwik przeżywa. Po złożeniu jaj, samica staranie zakopuje je i opuszcza to miejsce, kierując się ku wodzie. Cały ten proces jest dla niej ogromnie męczący i czasami się zdarza, że nie ma siły wrócić z powrotem do morza. Wtedy otrzymuje pomoc.

I to ogromna radość, kiedy widzi się ją na ostatnim etapie wracającą do morza. I ciekawostka – samica musi mieć przynajmniej 25 lat, żeby móc zacząć składać jaja i składa je na tej samej plaży, na której się sama urodziła. Wędrując po różnych obszarach wód (niektóre mają chipy w celu obserwacji), zawsze wraca na tę samą plażę. I wszystko to jest ogromnym cudem natury.

Na koniec pobytu, krótka, urocza, prawie wieczorna wycieczka po lagunie, czymś, co jest skrzyżowaniem canoe z drewnianą ramą i dumnie nazywanym katamaranem 😂. Bardzo sympatyczne zakończenie drugiego dnia.