Kenia, Tanzania, Czarny Ląd, Serengeti, busz, sawanny, stada antylop, lwy i słonie, safari z kamerą – to nazwy i pojęcia, które chodziły po mnie od dziecka. Zakochana w Elzie z afrykańskiego buszu, Tomku na Czarnym Lądzie, Pożegnaniu z Afryką marzyłam od dawien dawna, aby zobaczyć to wszystko na własne oczy. Jakoś nigdy się nie składało i zawsze coś było ważniejsze – rodzina, mieszkanie, praca, finanse i co jednocześnie uniemożliwiało realizację takich sobie moich cichych pragnień. Ale temat powracał co parę lat i śmiałam się, że będę chodzić o lasce a i tak to kiedyś w końcu zobaczę 🙂 I oto w końcu, jeszcze na szczęście bez laseczki, realizuję swoje największe marzenie – jestem w Nairobi, a przede mną, tak sądzę, najwspanialsza przygoda życia 🙂

Na pierwszą kwaterę, jak zwykle, wybrałam sobie pokój przy rodzinie 🙂 To najlepszy sposób na zdobywanie wiedzy o kraju, ludziach, kulturze i wszelakiego rodzaju ciekawostkach.

Po prawie 16 godzinnej podróży przez Paryż, o 6.30 rano przemiły kierowca, wysłany przez mojego gospodarza, odebrał mnie z lotniska w Nairobi i zawiózł mnie do Kepro Farm – uroczego kenijskiego domu, oddalonego ok. 30 km od Nairobi, którego gospodarze mają tylko dwie sypialnie do wynajęcia i gdzie z miejsca poczułam się jak w domu. Trafiłam do kenijskiej agroturystyki 🙂 Mają tu własne krowy, owce, kury, ogromy ogród pełen warzyw i owoców jak również hodowlę owczarków niemieckich. Pierwsza kawa z prawdziwym mlekiem i talerz z owocami zaspokoiły spokojnie moje potrzeby po podróży. Do tego, coś a’la naleśniki z dżemem i śniadanie gotowe. Pierwszy dzień upłynął leniwie i spokojnie, na drzemce, kawach, posiłkach i pogaduszkach.

Dzisiaj pobudka o 5.15 rano i o 6.00 wyjeżdżamy z moim gospodarzem Mwai do National Nairobi Park – Park Narodowy Nairobi – utworzony na południowych obrzeżach Nairobi. Zajmuje powierzchnię 117,21 km², a założony został w 1946 roku jako jeden z pierwszych parków narodowych na świecie. Podobno przepiękny w porze deszczowej, a wypalony niestety słońcem w porze suchej. I właśnie na taką porę trafiłam. Wyschnięte do szczętu sawanny i zwierzęta, szukające pożywienia i wody ponieważ od ponad trzech miesięcy nie spadła tu ani jedna kropla deszczu.

Trochę smutny widok jak dla mnie, zwłaszcza po zielonych terenach Tajlandii, Malezji czy Sri Lanki. Jeszcze dziwniejszy jest początkowy widok wysokich budynków Nairobi i stada pasących się na ich tle zwierząt. Potem krajobraz się na szczęście zmienia i poczucie przebywania w jakimś ogromnym zoo maleje :).

Wielka piątka Afryki – to określenie obejmujące pięć gatunków dużych ssaków, zamieszkujących Afrykę: afrykańskiego słonia sawannowego, nosorożca czarnego, lwa, bawołu afrykańskiego i lamparta. Sam termin Wielka Piątka wywodzi się z czasów, gdy biali myśliwi szczycili się zabiciem najgroźniejszych i najtrudniejszych do schwytania zwierząt, czyli słonia afrykańskiego, nosorożca czarnego, lwa, lamparta oraz bawoła. Masowe polowania doprowadziły do prawie całkowitego wyginięcia gatunków Wielkiej Piątki.

Ale przyszedł czas kiedy kenijski rząd dokonał w 1989 roku pierwszego spalenia 12.000 ton zebranych od kłusowników kłów słoni i nosorożców, pokazując światu, że żywe są więcej warte niż martwe i że polowanie na nie będzie całkowicie zakazane. Pierwszego spalania dokonał ówczesny prezydent Kenii Daniel Toroitich. Spalona kość słoniowa warta była w tym czasie milion dolarów. Następni prezydenci kontynuowali te działania w następnych latach: 2011, 2015 i 2016 roku. W każdym roku, liczba palonych kłów poważnie się zmniejszała a zwiększała się populacja tych wspaniałych zwierząt.

Po obejrzeniu kilku wysp utworzonych z popiołów ruszamy na polowanie z aparatem 🙂 Słoni i lampartów akurat w Narodowym Parku nie ma (wszystko przede mną :)) ale wiele innych gatunków zwierząt aż pchało się pod oczy 🙂 Przed śniadaniem w buszu były wylegujące się w wodzie hipopotamy, lwy, bawoły, różne gatunki gazeli i zebry. Były też dwa nosorożce, ale tak otoczone innymi samochodami, że trudno im było zrobić zdjęcie, tym bardziej, że Mwai woził mnie prywatnym samochodem bez szyberdachu.

Przyszedł potem czas na śniadanie w otoczeniu wcale nie nachalnych jak w Tajlandii małpek, spacer do koryta praktycznie wysuszonej rzeki i spotkanie z krokodylami i ogromnym hipopotamem. Zadziwił on nas ogromnie, bo w południe zamiast siedzieć w wodzie, spał spokojnie wśród wysuszonych traw, praktycznie się od nich nie różniąc. Tak blisko hipopotama na wolności to ja jeszcze nie byłam i kiedy nagle się podniósł otwierając paszczę, to zamiast mu zrobić zdjęcie, profilaktycznie szybciutko się wycofałam. Byłam niby asekurowana przez strażnika z ogromną strzelbą, ale nie widziałam potrzeby zaostrzania konfliktu :).

W drodze powrotnej przeszkadzały nam w poruszaniu się całe stada zebr stojących na drogach, ogromne strusie i żyrafy, które nie za bardzo chciały nam schodzić z drogi.

Po wyjeździe z parku zajrzeliśmy jeszcze na chwilę do sanktuarium żyraf, gdzie można je było pokarmić i pogłaskać. Są tam otoczone opieką starsze osobniki, które po dziennym pobycie z ludźmi, wracają do swojego żyrafiego buszu. Poszliśmy tam z Mwai na krótką wycieczkę. Po porannym, całkiem chłodnym poranku, temperatura urosła do 30 stopni, więc chętnie wróciliśmy do domu, gdzie czekał na nas przygotowany przez Ann lunch. I tak kończy się drugi dzień w Kenii, a ja ciągle nie mogę uwierzyć, że tu jestem 🙂