No i nareszcie wyruszam na swoje wymarzone safari na Czarnym Lądzie. O 5.00 rano pobudka, żebym miała trochę czasu na odzyskanie jakiejkolwiek świadomości, 6.30 śniadanie, a o 7.00 odbiera mnie dwoje sympatycznych pracowników firmy turystycznej. Tym razem, z uwagi na spore jednak koszty, pojadę na tę wyprawę z grupą. Cena indywidualnego safari jest zbyt wysoka. To nie Sri Lanka.
Miła dwójka zabiera mnie do Nairobi, gdzie wsiadam do rewelacyjnego Jeepa Landrovera. Razem ze mną jedzie starsze małżeństwo z Kenii, para kenijczyków, ale z Arizony, młoda dziewczyna z Francji mieszkająca w Berlinie i Pakistańczyk z Londynu. Jednym słowem, międzynarodowe towarzystwo.


Droga do Masai Mara zajmuje z krótkimi postojami ok. 5 godzin. Dystans niecałych 300 km, ale drogi raczej średniej jakości. Sprytnie urządzone przystanki na tak zwane siusiu. Trzy razy zatrzymujemy się przy dosyć dużych centrach handlowych, a właściwie halach wypełnionych po brzegi różnego rodzaju pamiątkami. I co ciekawe, toalety są zawsze na końcu 🙂 Jeśli się komuś nie spieszy, może kupić to i owo w drodze do łazienki, a jeśli nie ma na to czasu, to wracając 🙂 Wspaniały i genialnie przemyślany pomysł.




Po drodze mijamy może ze 3 większe wioski. Reszta to ogromne puste przestrzenie wypełnione rachitycznymi krzewami i pasącymi się przy drogach ogromnymi stadami wychudzonych krów, owiec i kóz. Wszystko to wędruje w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Deszczu nie ma od czterech miesięcy i pierwsze spadną dopiero pod koniec marca.


Do campingu, w którym mamy nocleg docieramy w porze lunchu. Zakwaterowanie w namiotach z prywatną łazienką 🙂 Tak jeszcze nigdzie nie nocowałam 🙂 Warunki może polowe, ale jest czysto i da się spokojnie przeżyć. I muszę powiedzieć, że spało mi się w nim znakomicie. Światło jest włączane dopiero o zmroku i działa do 22.00 a potem rano od 5.00 do 10.00. Jak się popsuje agregator, nie działa wcale 🙂






Po lunchu i krótkim odpoczynku wyruszamy na pierwsze, popołudniowe safari. W poszukiwaniu tzw. wielkiej 5-ki, nasz kierowca urządza praktycznie wyścigi po parku. Wszyscy kierowcy na CB radiu informują się, gdzie właśnie można coś z tych najważniejszych gatunków zobaczyć. I już wiem, że nie do końca będzie mi się to podobać. Po 2 wspaniałych safari na Sri Lance i naprawdę uroczym safari w Narodowym Parku Nairobi, te wyścigi nie do końca mi pasują. Dodatkowo, tym razem nie jestem w jeepie sama i nie wszyscy mają podobne podejście do natury. Mnie interesują wszystkie zwierzęta, oni oczywiście chcą zaliczyć wielką piątkę. I co najśmieszniejsze, cztery z tych pięciu widzimy już pierwszego dnia. Ogromnym sukcesem było tu „upolowanie” czarnego nosorożca, który jest podobno bardzo nieśmiały 🙂 i dlatego też trudno go znaleźć. Całe szczęście, że udaje się w tym pędzie zobaczyć także coś innego.





Po konstruktywnej rozmowie z kierowcą – tropicielem, drugi dzień na szczęście wygląda już inaczej 🙂
Znowu pobudka o jakiejś nieludzkiej godzinie, 5.30 śniadanie a o 6.00 wyruszamy do parku. Po delikatnym ostrzeżeniu kierowcy, przejazd parkiem jest tym, czym być powinien 🙂 I nareszcie, można powiedzieć, zaczyna się prawdziwe safari. Ogromne przestrzenie, stada najróżniejszych gatunków antylop, gazeli, bawołów, oczywiście lwy, słonie, gepardy, żyrafy, zebry no i gdzieś w połowie dnia zaliczony ostatni z wielkiej piątki – leopard. I choć widziałam go na własne oczy, to skubaniec spał w takich krzewach, że na zdjęciu zlewał się z otoczeniem i tego zwierzęcia niestety Wam nie pokażę.















W tej naszej wędrówce po parku dotarliśmy do jego krańców, czyli rzeki Mara i praktycznie granicy z Tanzanią. Niestety jedyne krokodyle były po drugiej stronie rzeki i nieodróżnialne od otoczenia, a hipopotamy ledwo unosiły łby znad wody, tak więc w tym przypadku polowanie z kamerą nie bardzo wyszło.



Ostatni dzień to obowiązkowa wizyta w wiosce Masajów – clue programu 🙂 jakaś komercja w końcu musi temu towarzyszyć. Towarzystwo odtańczyło dla mnie taniec na powitanie, zostałam przeciągnięta przez błota wioskowe, obejrzałam sobie owieczki, krówki, wciągnięto mnie do lepianki, gdzie się mało nie udusiłam od dymu, ale za to się dowiedziałam, że jak przyjadę następnym razem, to będę spała w pokoju gościnnym (!!!), a potem zostałam wypuszczona i pozwolono mi zakupić masajską ogromną chustę, którą oczywiście muszę zaciągnąć do domu. Dowiedziałam się też, że te lepianki budują kobiety i zajmuje im to dwa miesiące, że po 7 latach te lepianki zjadane są przez termity, a wtedy Masaje zbierają swój skromny dobytek domowy i pędzą swoje stada krów, owiec i kóz w nowe miejsce, żeby tam zacząć wszystko od początku. W wiosce, w której byłam, żyje 20 rodzin, a ich członkowie posiadają wspólnego dziadka. Na szczęście nie pobierają się między sobą tylko biorą przynajmniej żony z zewnątrz. Panuje tu poligamia i ilość żon jest oczywiście uzależniona od stopy życiowej, bo taka żona dosyć drogo wychodzi – 10 krów, 10 chust masajskich, jakieś owce i jakaś biżuteria. No i ładniejszą bierze ten, który wyżej podskoczy. A jak się jest biednym, ale ma się siostrę, to idą na wymianę, czyli tzw. barter 🙂 Żyją w zgodzie z naturą i bardziej się martwią o swoje bydło niż o własne dzieci. Mój przewodnik podobno miał 29 lat, wyglądał na 50 i czwórkę dzieci sobie już zarządził. Chyba jeszcze biedny, bo miał żonę tylko jedną. I co ciekawe, pierwszą żonę wybierają rodzice, następne dobierają już sobie sami. I chyba zaczynają od tych brzydszych 🙂








I tak się zakończyła moja podróż do Masai Mara. Zobaczyłam w końcu te stada zwierząt na wolności, nałykałam się kenijskiego kurzu i w końcu jestem usatysfakcjonowana 🙂 A jutro wylot do Mombasy.

cześć, czy możesz polecić firmę, która zorganizowała to Safari? Podobno z czystymi namiotami jest trochę ciężko.
PolubieniePolubienie
Tak, odpowiem na Messenger 🙂
PolubieniePolubienie