Lot z Nairobi do Mombasy okazał się być trochę niefortunny. Na początek ogłosili 50 minut opóźnienia, potem wyprosili nas z samolotu, bo ich system zaalarmował jakąś usterkę silnika, a następnie nas znowu do tego samego samolotu zapakowali. Nie powiem, lekki dreszczyk emocji towarzyszył mi przez całą drogę. Pocieszałam się tylko, że to jedynie 50 minut 🙂

Clement, wysłany po mnie kierowca, czekał na lotnisku 2,5 godziny, bo o tyle byłam spóźniona. Jakoś jednak udało się dotrzeć i dojechać bezpiecznie do wynajętego apartamentu, któremu naprawdę nie można było niczego (przynajmniej na początku) zarzucić. Właścicielka tego apartamentu jest uroczą, młodą jeszcze kobietą i nie mogłam lepiej trafić. Apartament jest jak zwykle dla mnie zbyt duży i rezerwując go, nie miałam pojęcia, że będzie tak wyglądał. Dwie sypialnie, dwie łazienki, ogromna kuchnia i tzw. living room. Urządzony z ogromnym smakiem przez właścicielkę, naprawdę może się podobać.

Pierwszy dzień w Mombasie poświęcony raczej na zagospodarowanie się w nowym miejscu, zakupy, rewelacyjny masaż i dojście do siebie po wyjątkowo intensywnym tygodniu w Nairobi. Musiałam trochę odsapnąć po dosyć męczących wędrówkach. No i po tym dniu nastąpił niestety zgrzyt. Nie tylko w Kenii ale w całej Afryce powstają, jak grzyby po deszczu, różnego rodzaju kościoły, które praktycznie nie wiadomo z jaką wiarą są związane, kto nimi dowodzi i do kogo właściwie się modlą. Mają jakichś swoich nawiedzonych kaznodziejów, nawiedzonych członków zrzeszonych w tym czymś i wszyscy uprawiają coś, co nazwałabym kompletnym zidioceniem połączonym z jakimś fanatyzmem. Ich spotkania polegają na płomiennym bełkocie kaznodziei, bezmyślnym powtarzaniu jego słów przez uczestników, wrzaskach, śpiewach i, jak na mój gust, atakach epilepsji podczas takiego niby nabożeństwa. A co najgorsze, robią to nie tylko w dzień, ale także głęboką nocą, co raczej utrudnia otoczeniu jakikolwiek wypoczynek. I z tego, co mi mówiono, jest to ogromna klęska i przedmiot dyskusji nawet w istniejącym tu parlamencie. I może niektórzy podjęliby jakieś kroki w kierunku zrobienia z tym porządku, gdyby nie drudzy, którzy twierdzą, że byłoby to działanie przeciwko bogu – któremu, nie wiem. I właśnie jeden z takich kościołów trafił mi się pod oknem. Wrzaski odbywały się do 3.30 nad ranem a zaczęli o 22.00. Jak się potem okazało, nie tylko ja nie spałam tej nocy.

W sobotę, Clement, mój kierowca z lotniska, który okazał się być fantastycznym przewodnikiem (mam jednak jednak szczęście do ludzi 🙂 ) zabrał mnie w miejsca, w które rzadko kiedy docierają blade twarze 🙂 Pojechaliśmy na całkowicie lokalną plażę w Kilifi County, do której docierają tylko tutejsi mieszkańcy i gdzie przyjęto mnie z dużą radością. Niestety trafiłam do Mombasy w tygodniu odpływów i uciekającej wody. Utrudnia to w dużym stopniu samo pływanie, ale za to pozwala się cieszyć z zupełnie innych rzeczy.

Na plaży – pokryty dachem z liści palmowych ni to bar ni to miejsce spotkań lokalnych mieszkańców, gdzie tutejsi „biznesmeni” żyją ze sprzedaży lub serwowania jedzenia na bazie złowionych o świcie ryb. Przed wyruszeniem na spacer musiałam na początek wybrać sobie niemożliwie świeżą rybę do zgrilowania na późniejszy lunch.

Spacer zalanymi ciepłą wodą połaciami piasku doprowadził nas do granicy raf, za którymi kotłowała się już prawdziwa woda 🙂 Po drodze wypatrywaliśmy różnych przedstawicieli fauny morskiej.

Po powrocie do miejsca postoju, w najwspanialszej pod słońcem „restauracji”, podano nam rewelacyjny lunch. Szałas, pokryty także prowizorycznym dachem z suszonych liści, służył za miejsce posiłku. Nie jestem wielkim fanem ryb, ale ta była bezkonkurencyjna. Lepszej w życiu nie jadłam 🙂 Wspaniała atmosfera, przyjazne twarze lokalnej społeczności, widok na oddalone morze – to wrażenia, których nie da się zapomnieć.

Po późnym lunchu ruszyliśmy do ukrytej w pobliżu Mombasy jaskini, która w swej raczej niewielkiej powierzchni, przypomina słynne wapienne jaskinie w Tanzanii i prawdopodobnie pochodzi z podobnego okresu. Gdzieś w środku tego małego kompleksu znajduje się oczywiście małe jeziorko a prześledzona dronami podziemna droga prowadzi podobno do morza.

I tak zakończył się pierwszy dzień moich wrażeń z pobytu w Mombasie. Widziałam miejsca, których nie oglądają zwykli turyści, a to się w moich podróżach liczy najbardziej 🙂 Na drugi dzień się okazało, że Clement przygotował dla mnie następne niespodzianki :).