No oczywiście, że znowu Tajlandia. Jakby nie było, w zeszłym roku powędrowałam do Kenii i moja noga w Tajlandii nie postała. A tęsknota żarła 🙂 Tak więc w sierpniu kupiłam bilety - na szczęście, bo z każdym miesiącem, cena rosła. I nie mówię tu o biletach dziwnymi liniami lotniczymi, przez przedziwne lotniska i ilości przesiadek z różną przerwą czasową, tylko o liniach Qataru, bo mi latają na Phuket i omijają to straszne lotnisko w Bangkoku. Żeby obniżyć koszty, ja też wybrałam przeloty z dużą różnicą czasową, ale co innego koczować na lotnisku w Doha, a co innego np. w Pekinie. Ponieważ miałam mieć dziewięciogodzinną przerwę, pierwszym pomysłem, było wyjście z lotniska, złapanie taksówki i rzut oka na Dohę nocą, tak jak to ostatnio zrobiłam w Dubaju. Zaczęłam jednak po jakimś czasie mieć jakieś wątpliwości i sama nie wiedziałam, czy ten pomysł mi się w dalszym ciągu podoba czy nie. O ile w Dubaju, nawet się nad tym nie zastanawiałam, o tyle tutaj moja intuicja zaczęła w tym pomyśle mącić. Jednocześnie nie bardzo mi się uśmiechało tułanie przez 9 godzin nocnych po lotnisku. I tak źle i tak niedobrze. A może czymś mogłabym zabić jednak ten czas? W poszukiwaniu ewentualnych atrakcji, gdzieś głęboko ukrytą, znalazłam możliwość wynajęcia małej kabinki i spędzenia paru godzin w pozycji leżącej, pod kocykiem i z poduszeczką pod głową. Nie była to najtańsza opcja, ale w końcu za taksówkę, też bym musiała w tym państwie szejków sporo pewnie zapłacić. Szybka decyzja i rezerwacja została zrobiona. Po tej podróży muszę stwierdzić, że była to naprawdę dobra opcja. Kabinę można wynająć na godziny – są dla singli, dwóch osób a także dla rodziny. Przy bardzo długiej przerwie, zwłaszcza kiedy nocą zamykają się oczy – idealna sprawa. Dzięki temu nie przyleciałam do Tajlandii wykończona i półprzytomna. Część czasu wykorzystałam na polatanie po tym pięknym lotnisku a część na to, żeby w zamkniętej kabinie, przyłożyć głowę do poduszki i odpocząć. Miałam do dyspozycji cały czas lotniskowe wifi, możliwość naładowania telefonu, czy komputera, miejsce na bagaż i rozkładany do pełnych wymiarów fotel, po naciśnięciu odpowiednich guziczków. Za dodatkową opłatą mogłam skorzystać z prysznica, a rano dostać wspaniałą kawę i jakieś płyny. Trochę to wszystko kosztowało, ale było warto.

Na Phuket przyleciałam wieczorem (różnice czasowe). Mój przyjaciel, właściciel ulubionego hotelu na Nai Yangu odebrał mnie z lotniska. I jak zwykle poczułam, że wróciłam do drugiego domu.

Zostałam tu do niedzieli, ciesząc się plażą na Nai Yang, wspaniałym masażem, pierwszymi tajskimi potrawami. Nie było mnie tu od 2022 roku a jednak na plaży zostałam powitana z radością. Do dzisiaj nie wiem jakim cudem, udaje się Tajom poznawać stałych bywalców nawet po dłuższej przerwie.

W hotelu oczywiście jak zawsze towarzyszyła mi ukochana sunia, która bezbłędnie rozpoznaje mnie nawet po dłuższych przerwach w moich podróżach. Tak było po przerwie związanej z covidem i tak też było teraz.

W niedzielę ruszyłam na Kamalę. Mam tutaj wynajęty tym razem mały, ale całkiem wystarczający domek, w tym samym można powiedzieć miejscu, co 2 lata temu. Tamten poprzedni widzę ze swojego tarasu. Pierwszy dzień to sprawy gospodarcze – rozpakowanie, zakupy, bo zawsze mi czegoś w tych wynajętych pomieszczeniach brakuje, próba ogarnięcia się na nowym miejscu. Pierwsze kocie wizyty, bo w końcu któryś zostanie przy mnie na dłużej. Konkurencja jest duża, więc ostateczne rozstrzygnięcie nastąpi zapewne za kilka dni 🙂

No i oczywiście nie obyło się bez przygód. U mnie nic nie może być normalnie. Po niby normalnym zamknięciu drzwi od środka i późniejszej próbie wyjścia jednak w nocy na papierosa (ciągle źle sypiam – jeszcze się nie przestawiłam) okazało się, że nie mogę otworzyć drzwi i że jestem uziemiona w środku. Drzwi tutaj są typu rozsuwanego, z małym zamkiem i dodatkowymi zabezpieczeniami. Bawienie się tymi wszystkimi rzeczami nie dawało rezultatu, a środek nocy raczej nie pozwalał na wołanie o pomoc. Widać było, że drzwi da się otworzyć tylko kluczem od zewnątrz. No cóż, rada nie rada musiałam użyć okna, z którego wyskoczyć się jakoś dało, ale okazało się, że trzeba było też przez nie wrócić, bo zamek się otworzył, ale innym przyciskiem zablokowałam drzwi od wewnątrz. Wchodzenie przez okno, nie było już rzeczą taką prostą. Udało się wszystko w końcu, ale powiem szczerze, że w tym wieku, takie przygody podnoszą zbyt mocno adrenalinę. A swoją drogą, dobrze, że używałam okna, które nie było widoczne dla moich sąsiadów, bo by ktoś jeszcze mógł wezwać policję 🙂

Dzisiaj w końcu plaża na Kamali. Bardzo dużo zmian. To już nie jest ta sama plaża, co kiedyś. Tajlandia zdobywa coraz większą popularność na świecie i w momencie całkowitego znowu otwarcia, rzesza turystów rzuciła się na ten kraj. No cóż, zobaczymy, co będzie dalej.