Korea Południowa to jeszcze jeden kraj, który ostatnio chodził mi po głowie. Zaczęło się od muzyki, na którą trafiłam już jakiś czas temu, potem przyszedł czas na różnego rodzaju koreańskie dramy, jakieś widea o Seulu i innych miejscach w tym kraju, trochę informacji z historii. Ochota na choćby krótki pobyt tutaj była coraz większa. Niestety pomysł wyjazdu do Korei w czasie pobytu w Tajlandii był raczej nie do zrealizowania. W Korei zima panuje w tym samym czasie co u nas, więc wylot do niej z upalnej Tajlandii nie wchodził w rachubę. No cóż, jeśli chciałam ją zobaczyć, musiałam lecieć z Polski. I jak do tego momentu – nie żałuję.

Nie jestem zwolenniczką wielkich miast i nie przepadam za spacerami po zatłoczonych ulicach. Seul mnie zachwycił tak, że aż sama jestem zdziwiona własną reakcją na bardzo duże miasto.

Obiecałam sobie, że w ciągu paru dni pobytu obejrzę, co tylko się da na piechotę i tak to zrobiłam. W ciągu tak naprawdę niecałych 4 dni zwiedzania zrobiłam prawie 60 km pieszo, pobijając codziennie można powiedzieć życiowe rekordy. Wracałam zmęczona, ale zachwycona tym miastem – jego zabytkami, ulicami, parkami i przede wszystkim wspaniałą atmosferą, zwłaszcza wieczorami. Miałam duże szczęście rezerwując sobie nocleg w tzw. GuestHouse, którego lokalizacja pozwalała na docieranie wszędzie na piechotę. I tu jedna uwaga – mapy Google w Korei nie działają, z uwagi na konflikt z Koreą Północną. Jest tutaj natomiast rewelacyjna mapa NAVER Map, która przy chodzeniu na pieszo, prowadzi jak po sznurku, w czym Google Maps nie są akurat najlepsze. Uratowała mi można powiedzieć życie, bo czasami udało mi się gdzieś zaplątać 🙂

Pierwszego dnia obejrzałam 3 najważniejsze pałace: największy: Gyeongbokgung Palace

i dwa mniejsze, położone od siebie w niewielkiej odległości: Changdeokgung Palace i Changgyeonggung Palace

Z przyjemnością chodziłam tego dnia po ulicach Seulu, choć akurat tego dnia pogoda nie była najlepsza, bo ponad pół dnia padało.

Następny dzień to poszukiwanie Bukchon Village i Hanok Village oraz plątanie się po najróżniejszych zaułkach Seulu, położonych na wzniesieniach i zmuszających mnie do chodzenia w dół i w górę.

Wieczory spędzałam z zapoznaną w hotelu Sofie, uroczą Korsykanką, która towarzyszyła mi także w niektórych dziennych wyprawach. Iluminacja świateł, jedzenie przy rozstawionych na ulicach stolikach, lejące się na nich soju :), łatwe zawieranie znajomości z siedzącymi obok Koreańczykami. Rewelacyjna atmosfera.

Nie zobaczyć w Seulu Namsam Seul Tower to znaczy nie być w Seulu. Tego dnia zrobiłyśmy z Sofią 17 km. Ulicami a potem przepięknym parkiem dotarłyśmy do wieży, z której rozpościerał się wspaniały widok na całe miasto. Dużo turystów, gwar, pokazy posługiwania się tradycyjną bronią koreańską. I mała ciekawostka – płot, na którym Koreańczycy zawieszają tysiące kłódek z serduszkami. Uroczy zwyczaj.

W drodze powrotnej wstąpiłyśmy do Namsan Hanok Village, gdzie spełniłam ogromną zachciankę i w wypożyczonym koreańskim stroju królowej, przeszłam całą wioskę 🙂 Strój był obłędny 🙂

Ostatniego dnia zwiedzania wyruszyłyśmy nad rzekę a potem długo bardzo szukałyśmy małej uliczki przy której niektórzy z najbogatszych ludzi w Seulu wybudowali swoje wspaniałe, ogromne wille. Uparłam się strasznie, żeby ją znaleźć, bo także tutaj stoi, jeszcze nie całkowicie wykończony, dom jednego z członków zespołu BTS – Jungkooka. Musiałam go zobaczyć, bo od tego właśnie zespołu, zaczęła się kiedyś moja fascynacja Koreą.

Wieczór zakończony kolacją z Sofią i pożegnanie. Nazajutrz wyruszałam na wyspę Jeju.

I parę ciekawostek

Ceny w Korei są bez porównania wyższe niż w Tajlandii, zwłaszcza jeśli chodzi o zakwaterowanie i jedzenie. Ceny za obiad kształtują się od 27,00 do nawet 100,00 za osobę w zależności, gdzie się akurat je posiłek. Uwaga – większość menu jest po koreańsku więc często korzysta się z obrazków 🙂 Lepiej jadać z kimś jeszcze, bo wiele potraw jest tu przygotowywanych dla większej ilości osób.

Tanie są natomiast kosmetyki, ale nic dziwnego, Korea z nich słynie. Nie patrzyłam jeszcze na elektronikę. Zrobię to może w Busanie.

Transport publiczny jest fantastyczny. Zarówno autobusami jak i metrem można dostać się praktycznie wszędzie. Już na lotnisku, przy zakupie SIM karty (e-sim też dostępna) można otrzymać specjalną kartę (taką, jak nasza karta miejska), którą trzeba doładować wonami (robi się to w sklepach, przy kasie) i używa się jej w całym kraju przytykając do czytników.

Osoby powyżej 65 lat w wielu miejscach mają wstęp wolny i nie muszą kupować biletów.

Od biedy można się dogadać po angielsku, chociaż nie wszędzie. Większość napisów jest w lokalnym języku.