Powoli się kończy mój pobyt w Buzanie, a ja jeszcze nie napisałam o nim ani słowa. Praktycznie codziennie robione kilometry po tym mieście, trochę nie sprzyjają siedzeniu przy komputerze, ale w końcu się jakoś zebrałam w sobie.

Jak już niektórzy wiedzą, przygoda z Buzanem zaczęła się trochę niefortunnie i to wszystko przez moją własną nieuwagę. Kupując bilety lotnicze z wyspy Jeju do Buzanu, zamiast zaznaczyć datę 17 września, kliknęłam datę 17 października i po przyjeździe na lotnisko zrobiłam małą aferę, że nie mogą znaleźć mojego biletu, a przecież ja mam potwierdzenie na mailu 🙂 no cóż, stanęłam w końcu przed faktem dokonanym i według zasady „głupi to ma zawsze szczęście” udało mi się do Buzanu dotrzeć tego samego dnia, pomimo, że żadna z linii lotniczych nie miała już wolnych miejsc. O zszarpanych nerwach nie wspomnę, bo dodatkowo miałam obawy, że zarezerwowany hotel skasuje moją rezerwację na następne 10 dni.

Wieczorem znalazł się czas na zrobienie jeszcze drobnych zakupów i na zjedzeni nowej dla mnie potrawy, która tym razem spokojnie dała się przełknąć. Przypominało to nasz kapuśniak, tyle, że z młodej kapusty i było ugotowane na kościach wieprzowych z dużą ilością mięsa. Do tego oczywiście ryż i gromada miseczek z najczęściej marynowanymi dodatkami.

Drugiego dnia pobytu wyruszyłam zobaczyć dwie najsłynniejsze plaże w Buzanie, o których niektórzy mówią, że są także najładniejsze w całej Korei Południowej – jedna z nich to plaża Haeundae Beach, a druga to plaża Songjeong. W obydwu przypadkach towarzyszyły im bardzo ładne parki, w których podczas spacerów nie zabrakło oczywiście zwyczajowych tu wzniesień i schodów. Ale widoki były faktycznie ładne.

Jedną z dalszych atrakcji miał być Jinyang Fishing Market czyli rynek rybny, Busan Jagalchi Market i ich można powiedzieć handlowa okolica. Rynek rybny częściowo wypełniony stoiskami ze sprzętem rybackim, a częściowo oczywiście pełen akwariów z pływającymi w nich różnymi formami fauny morskiej. Co jakiś czas pojawiał się mały barek, do którego próbowano wciągać przechodniów i w których można było popróbować czegoś z tych pływających w akwariach stworzeń. Udało się jednym wciągnąć i mnie 🙂 choć nie jestem szczególną fanką ryb, to tym razem posiłek składający się ze smażonej, dobrej ryby i przepysznej zupy rybnej dało się spokojnie skonsumować.

Przed wizytą na rynkach przeszłam się nadbrzeżem portowym.

W dzielnicy handlowej zastał mnie zmierzch i zrobiło się całkiem ładnie.

Następnego dnia niestety pogoda zaczęła się psuć. Pojawiły się na telefonie alerty o zbliżającym się deszczu i burzach. Na wszelki wypadek wybrałam się bliżej, żeby można było potem jakoś dotrzeć do hotelu, ale ponieważ jestem uparta i postanowiłam przede wszystkim chodzić, to i tak wróciłam przemoczona do suchej nitki. Na celowniku była wieża Busan Tower i rynek zarówno spożywczy jak i z tzw. mydłem i powidłem 🙂 I dobrze, bo potem przesiedziałam cały dzień w hotelu. Lało niemiłosiernie w całej Korei i jak się później okazało w niektórych miejscowościach były spore podtopienia.

Deszczowa pogoda zakończyła się można powiedzieć w nocy i znowu można było ruszyć się z miejsca, chociaż trochę mżawki w pierwszej połowie dnia się pojawiło. Autobusem spod hotelu wyjechałam do znanej i sławnej tutaj świątyni buddyjskiej Haedong Yonggungsa Temple. Podróż trwała 1,5 godziny, potem oczywiście jakieś podejście i w końcu dotarłam. Sama świątynia twierdzi, że została zbudowana w 1376 roku, aczkolwiek podobno nie jest to do końca prawdą. W każdym bądź razie, jest to duży kompleks i jako jeden z niewielu w Korei wybudowany został nad morzem. Oczywiście nie obyło się znowu bez wzniesień i schodów. Wygląda na to, że aby zobaczyć coś ciekawego w Korei to trzeba się poważnie pomęczyć. No, ale było warto. Widoki wspaniałe. I ciekawostka – w Seulu był płot z tysiącami zawieszonych kłódek z życzeniami, tutaj jedna z dróg obwieszona była złotymi serduszkami.

Po wizycie w świątyni wpadłam choć na trochę do ogromnej galerii, przede wszystkim z ubraniami. Znaleźć tu można było wszystkie najsławniejsze marki z całego świata. Tłumy Koreańczyków próbowało robić zakupy, bo najwyraźniej nadszedł czas na wyprzedaże.

I ostatnia jak do teraz atrakcja – malownicza i barwna wioska Gamcheon Village. Wybudowana została w latach 1920-1930 na wzgórzu osiągającym 350 metrów nad poziomem morza dla robotników portowych pracujących w niedaleko położonych dokach. Początkowo pewien rodzaj slumsów, w późniejszych latach (od 1955) zasiedlona już przez pozostałe grupy mieszkańców Buzanu, którzy oczywiście tam w dalszym ciągu mieszkają. Nie powiem – nie zazdroszczę im wcale tego życia. Wchodzenie tam nie jest rzeczą prostą a schodzenie w dół też nie jest łatwe. Tym razem się zmądrzyłam i małym autobusikiem dotarłam na sam szczyt tego trochę kuriozalnego osiedla. Potem już tylko czekała mnie wędrówka w dół. Tym razem, na wchodzenie pod górę się nie zdecydowałam. A ostateczny widok był naprawdę uroczy. Domki we wszystkich możliwych kolorach, otoczone zielenią ze wzgórz, tworzą malowniczą kompozycję i wspaniale nadają charakter temu miejscu.

A potem to już autobusowo-spacerowy powrót do domu i oglądanie Buzanu trochę od zaplecza. Trzeba przyznać, że Buzan to zupełnie inne miasto niż Seul. To miasto potwornie wysokich bloków mieszkalnych wybudowanych w postaci małych wysp. Co jest tu charakterystyczne, że wszystkie te budynki postawione są tak, że nie zasłaniają sobie w żaden sposób światła. Stoją po trzy, cztery w takiej linii i odległościach, że praktycznie nikt nikomu nie zagląda do okien. Są bardzo ładne, estetyczne choć przyznam szczerze, wysokość ich jest trochę przerażająca. W przypadku jakiejkolwiek awarii prądu, zejście, a tym bardziej wejście na ostatnie piętra, staje się ogromnym wyzwaniem. No chyba, że na tego typu sytuacje posiadają potężne agregaty, które w razie czego podtrzymują im w takich momentach energię. Należy mieć także nadzieję, że windy im tu chodzą bezawaryjnie :). W galerii zdjęcia miasta z zakamarków i z głównych arterii.

Za trzy dni opuszczam Buzan. Przede mną nowe przygody i atrakcje – ale o tym w następnym poście. Ciąg dalszy nastąpi ……… 🙂