Kończy się mój pobyt w Japonii, a ja jeszcze nie napisałam o niej ani słowa. Męczą mnie od samego początku mieszane uczucia co do tego kraju. Właściwie trudno powiedzieć, że do kraju – wpadłam w jego bardzo małą część, z której wynoszę na tyle różne wrażenia, iż wyjątkowo jest mi trudno się nimi dzielić. Niestety nie zachłysnęłam się tym kawałkiem świata i chyba po raz pierwszy nie jestem w stanie wydusić z siebie wielkiego entuzjazmu. Może powinnam pobyć tu dłużej, zobaczyć więcej, poczuć bardziej i znaleźć więcej rzeczy na plus niż na minus. Ale istnieje też taka możliwość, że moje dotychczasowe odczucia znalazłyby potwierdzenie.
Zaczęło się niefortunnie od samego początku. Przyleciałam z Buzanu na Terminal 2, będący częścią ogromnego portu lotniczego Kansai. Żeby się dostać do oddalonej o prawie 60 km Osaki, należało się dostać tzw. shuttle busem na Terminal 1 i dopiero stamtąd dotrzeć pociągiem do miasta. Próba zakupienia karty SIM na terminalu 2 była nieudana. Troje siedzących jeszcze na miejscu pracowników stoiska z kartami, jednogłośnie stwierdziło, że stanowisko jest już zamknięte i że mogę ewentualnie skorzystać ze stojącej niedaleko maszyny, w której takowe karty się znajdują. No i niespodzianka – maszyna przyjmowała albo gotówkę albo karty, nieznanych mi kompletnie instytucji finansowych. Tych, którymi ja się posługuję – nie było. Nie było też w pobliżu żadnego bankomatu and możliwości wymiany waluty. I tak się zaczęła moja droga przez mękę. Przejazd shuttle busem z jednego terminala trwał tyle, iż myślałam, że za chwilę dojedziemy do Osaki. Terminal 1 przywitał mnie jakimś kłębiącym się tam tłumem. Oszołomił on mnie na tyle, że na początek musiałam znaleźć jakieś wolniejsze miejsce w celu oprzytomnienia i dokonania ogromnej próby zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. Udało mi się w końcu wymienić trochę pieniędzy na jeny i cudem kupić bilet na pociąg. Nie udało mi się dalej zakupić karty SIM, która była niezbędna choćby do uruchomienia mapy Google. Wiedziałam, że będzie mi potrzebna, aby dotrzeć później do hotelu. Poziom adrenaliny wzrastał mi z minuty na minutę. I tu jak zwykle, zgodnie z zasadą: głupi ma zawsze szczęście dostałam w prezencie Ece, wspaniałą dziewczynę z Turcji, która zapytana przeze mnie, czy stoję na peronie w dobrym kierunku, okazała się być moim zbawieniem. Nie dość, że mówiła po angielsku, to na dodatek doskonale się poruszała w Japonii, będąc jej częstym gościem. To dzięki niej dotarłam szczęśliwie nie tylko na prawidłową stację, ale także do hotelu. I to dzięki niej, następne dni przyniosły trochę wrażeń.
W pierwszy dzień po przyjeździe i po zdobyciu w końcu dostępu do internetu, wyruszyłam sama przez miasto. Wybrałam się do Osaka Castle, czyli do zamku w Osace i jego parku. Po drodze wstąpiłam do świątyni szyntoistycznej.




Nieduża, oblegana przez turystów, z typowymi dla świątyń japońskich miejscami z zawieszonymi w tym przypadku mało pozytywnymi wróżbami. Wróżby biorą tu wszyscy – jeśli nie są one najlepsze, przywiązuje się je w wyznaczonych do tego miejscach. Są one później palone po to, aby się nie spełniły. Te dobre, zabiera się ze sobą.
W drodze do zamku szłam różnymi ulicami i coraz mniej mi się wszystko podobało. Odnosiłam wrażenie, że jest to jeden ciągnący się bazar, oznaczony reklamami, chorągiewkami, plakatami i nie wiadomo czym jeszcze. I o ile w Tajlandii królują skutery, w Korei raczej auta i jeśli już, to dobre motocykle, o tyle tutaj królują rowery. Jeżdżą nimi po chodnikach i co gorsza, nigdy nie wiadomo czy jest tutaj wytyczona dla nich ścieżka czy nie. Mam wrażenie, że jeśli nawet, któraś część tego chodnika jest dla nich wytyczona, to generalnie nie ma to najmniejszego znaczenia. Trzeba mieć po prostu oczy z przodu i tyłu, żeby pod jakiś rower nie wpaść.






Dotarłam do zamku i choć przez chwilę odetchnęłam od tego ulicznego rozgardiaszu, natomiast nie odetchnęłam od tłumów. Dawno nie byłam w turystycznych miejscach obleganych przez taką masę ludzi. Czy poprawiło mi to humor? Nie bardzo. Zobaczyłam to, co było warto i wróciłam trochę jakby zniechęcona do hotelu.












Tak się zakończył pierwszy dzień w Osace. Osaki nie poczułam, wrażenia wow nie było.
Następnego dnia wyruszyłyśmy z Ece do Kioto. I powiem szczerze, że gdyby nie ona, to pewnie bym tam sama nie dotarła. Plątanina tutejszych linii metra, nie wiadomo, do którego miejsca nazywana metrem a od którego pociągiem, przynajmniej dla mnie, jest nie do ogarnięcia, a już zwłaszcza na dłuższych trasach. Tym bardziej, że ruch jest tutaj lewostronny, co wcale nie ułatwia poruszania się ani przy wejściach do stacji and przy szukaniu odpowiedniego peronu. Nigdy nie przepadałam za poruszaniem się metrem, ale jeśli chodzi o Osakę, to jest to już gruba przesada. Na szczęście, dzięki Ece mogłam zobaczyć choć w małej części Kioto. Nie było tego dużo, bo w końcu to także ogromne miasto. Gdzie się dało poszłyśmy na piechotę, gdzie odległości były dużo większe, korzystałyśmy z autobusów. Udało nam się zobaczyć trzy świątynie i przejść niektórymi pomniejszymi uliczkami. Widoki były znacznie ciekawsze niż w Osace i jakby trochę lepsza atmosfera. Tłumy ludzi były podobne.
Jeśli chodzi o same świątynie, to są oczywiście do siebie podobne i otoczone pięknymi, wymuskanymi parkami. Sporo zieleni daje oczywiście odpoczynek dla oczu, ale te ślicznie utrzymane widoczki i wrażenia z nimi związane, nie mają nawet porównania do sumatrzańskiej dżungli, ani nawet do wspaniałych, bardziej dzikich parków w Seulu czy Buzanie. To nie mój klimat.





























I na koniec Osaka wieczorami, pełna tłumów, hałasu, najróżniejszych zapachów, zwłaszcza w najbardziej turystycznych miejscach. Tysiące sklepów, pamiątek, często made in China, bazarowych, nikomu pewnie niepotrzebnych rupieci ale kupowanych w Japonii. Budynki pełne podświetlanych reklam i według mnie, tandetnych dekoracji. Wszystko to błyszczy, mruga i wydaje dźwięki. Pewnie wielu ludziom się to podoba, mnie za serce nie chwyciło, chociaż trzeba przyznać, że taka oświetlona Osaka lepiej wygląda wieczorem niż w dzień.

















Po wyjeździe Ece, która tu przyleciała na krótko, próbowałam dotrzeć sama do Nary. Nie udało się. Pociąg do Nary zepsuł się po trasie, a ja, sądząc, że dowiezie mnie tam następny, jak się okazało wsiadłam do nie tego, co trzeba. Wywiózł mnie w zupełnie innym kierunku i na szczęście jakaś Japonka mnie w końcu z niego wywlokła, zaciągnęła na odpowiedni peron i odesłała sfrustrowaną do Osaki. Koniec dnia załatwiła mi japońska poczta, na której chciałam wysłać paczkę do Polski z nadmiarem bagażu. Przez półtorej godziny blokowałam kobietę na poczcie, uczestnicząc w jakimś potwornym procesie wypełniania formularza, niezbędnego do wysłania przesyłki. Z wielu miejsc wysyłałam już paczki do domu, ale czegoś takiego w życiu nie przechodziłam i nie chce mi się nawet tego procesu opisywać. To że nikt na tej poczcie nie zginął, to jest cud boski i moja obawa, że mogą mnie tam zamknąć. I najgorsze, że wcale nie mam pewności, czy ta paczka dojdzie.
Dzisiaj cały dzień pada i zwolniło mnie z dalszego eksperymentowania z transportem publicznym w Osace. Jutro wylatuję do Seulu i wracam do kraju. Chyba po raz pierwszy w czasie moich wszystkich podróży cieszę się, że to już koniec. Zakochanych w Japonii bardzo przepraszam, że mnie nie urzekła. 🙂 Jedyny plus tego, że podróż do niej z Korei nie kosztowała mnie tak drogo, jakby mnie by pewnie kosztowała z Polski. Warto było tutaj zajrzeć, żeby wiedzieć w przyszłości, do czego nie wracać 🙂
PS. Z paleniem papierosów jest tu jeszcze gorzej niż w Korei 🙂
