W minionym roku trochę się rozleniwiłam i nawet na moment nie zajrzałam na bloga. Większość czasu spędziłam w Tajlandii, po której już za bardzo nie wędrowałam. Straciły na tym Filipiny, gdzie spędziłam 2 urocze tygodnie i których na blogu nie opisałam wcale, chociaż było warto. No cóż, na lenistwo nie ma lekarstwa 😃

Tym razem postanowiłam, że będzie inaczej. Z różnych względów nie wybrałam się od początku roku do Tajlandii, aczkolwiek prawie na pewno zakończę tam swoją znowu trzy-miesieczną wyprawę. W tym roku zdecydowałam dać szansę Indonezji. Uznałam, że mój poprzedni pobyt na Sumatrze był zbyt krótki i że mam spory niedosyt w eksplorowaniu tego kraju. Zaplanowałam podróże, wystąpiłam o wizę na 60 dni, kupiłam bilet w jedną stronę i dotarłam po raz drugi na Sumatrę, od której zacznę swoje wojaże. Szerokie plany zwiedzania poszczególnych miejsc tutaj, a potem następnych wysp, weryfikować będę w trakcie, w zależności od sytuacji i samopoczucia, bo nie mam pewności, czy w tych planach zbytnio nie poszalałam.

Podróż rozpoczęta trochę niefortunnie. Odkąd latam liniami Qataru, jeszcze się im nie zdarzyło takie opóźnienie w odlotach, co skutecznie podniosło mi już z samego początku poziom adrenaliny. Miałam trzy godziny na przesiadkę w Doha, co nie jest i tak komfortowym czasem na przejście pomiędzy bramkami, biorąc pod uwagę wielkość tego lotniska. Godzinne opóźnienie poważnie skróciło ten czas, zmuszając mnie do poważnego przyspieszenia kroku. Tym bardziej, że musiałam się przesiąść na linie malezyjskie, bo Qatar do Medanu nie lata.

Ostatecznie w Doha, okazało się, że nie musiałam tak gnać, bo lot do Kuala Lumpur był też dużo opóźniony. I tu już zaczęłam się denerwować na poważnie, bo tam na przesiadkę do Medanu miałam tylko półtorej godziny. Pojawiły się obawy, że jeśli nawet mnie się uda ten lot złapać, to istniało niebezpieczeństwo, że podobnie jak na Filipinach, nie doleci ze mną znowu mój bagaż. Jakim cudem wszystko się udało, nie wiem, ale dotarłam zgodnie z planem.

Na lotnisku niemiłe zaskoczenie. Planowałam wykupić esim kartę do telefonu i niestety to mi się nie udało. W żadnym punkcie sprzedaży takiej możliwości nie było. Ci, którym na tym bardzo zależy powinni się rozejrzeć za taką karta jeszcze przed wyjazdem chociaż wykupienie karty sim na lotnisku ma swoje zalety – telefon i mail jest rejestrowany w odpowiednim systemie i pozwala później na dostęp do wszystkiego w czasie podróży. Dwa lata temu, wykupiona niestety karta poza lotniskiem poważnie mi ograniczała dostęp do wielu funkcji. W tym układzie wykupiłam fizyczną na 30 dni i niestety z ograniczeniem gigabytes. Ale za to działa. Po miesiącu trzeba będzie ten proces powtórzyć.

Dobrze jest też na lotnisku wziąć z bankomatu trochę rupii, bo nasze karty nie we wszystkich sklepach działają a na małych straganach o płaceniu kartą można tylko pomarzyć. No i bardzo przydaje się tutaj duży portfel, bo w Indonezji płaci się w dziesiątkach i setkach tysięcy rupii. Wybrane miliony zajmują trochę miejsca 😃, aczkolwiek w przeliczeniu na nasze, to nie są ogromne pieniądze. Milion rupii kosztował mnie ok 220 zł. Za taksówkę do hotelu zapłaciłam 21 zł, co stanowiło 100.000 rupii (fakt, wróciłam do znanego mi już hotelu, który nie jest oddalony zbytnio od lotniska), za kolację w hotelowej restauracji z kawą ok. 80.000 czyli jakieś 18.00 zł, a za dwie noce ze śniadaniem w całkiem fajnym miejscu ok. 200 zł. Zrobiłam sobie tutaj mały odpoczynek po przylocie, a jutro wyruszam po przygodę.

Dzisiejszy dzień relaksacyjny, z krótką wycieczką po otoczeniu w celu zrobienia niewielkich zakupów.Pogoda jest taka sobie. Owszem, ciepło, ale raczej pochmurnie i trochę deszczowo. Niestety to jeszcze nie sezon letni, zwłaszcza na Sumatrze. Dalej w dół powinno już być lepiej.

Wczoraj Sumatra przywitała mnie deszczem, ale nic dziwnego, jeśli po drodze widać było takie nieprawdopodobne chmury. Widok był niesamowity.

Za parę dni pierwsze wrażenia 🙂