W sobotę, przyjechał po mnie do hotelu Adam, zarekomendowany przez moich przyjaciół z Sumatry przewodnik, który przez dwadzieścia parę dni spróbuje pokazać mi najciekawsze fragmenty Sumatry. Tym samym, nie będę po Sumatrze podróżować sama tylko ktoś będzie nade mną czuwał. O godzinie 12.00 wyjechaliśmy z Medanu, rozpoczynając w ten sposób sumatrzańską przygodę.

Pierwszy etap – Berastagi, miasteczko położone u stóp wulkanów, z których jeden jest aktywny, drugi trochę mniej, a na trzeci czekała nas wyprawa.

Podróż samochodem trwała ok 4 godzin, z przerwą na lunch, którego koszt w całkiem fajnej, lokalnej knajpce, przy zastawionym jedzeniem stole, wyniósł nas razem 34,00 zł.

Drogi na Sumatrze nie są najlepsze i panuje na nich duży ruch. Najmniejsze nawet dystanse zajmują sporo czasu. Po drodze spróbowałam wybrać trochę gotówki z bankomatów. Z czterech stojących, tylko jeden zaakceptował moją kartę i większą kwotę wybierałam na kilka razy, bo tak jak i u nas, bankomaty mają limity na jednorazową wypłatę. I co ciekawe, jedne pozwalają dokonać takiej operacji 4 razy, inne tylko 2. Oczywiście, za każdym razem, dochodzi do tego prowizja.

Miejsce do spania w Berastagi zarezerwowałam wcześniej przez Booking.com, płacąc za 2 noce ze śniadaniem 118,00 zł (!). Jest to jak zwykle w moim przypadku czysty pokój z łazienką w miarę cichej lokalizacji.

Przed przyjazdem do hoteliku udało nam się jeszcze przejść po bazarze z owocami, zobaczyć uliczny chaos i pojechać do miejsca, z którego rozciągał się piękny widok na wulkany. Dzień zakończyłam kolacją za 7,50 zł, złożonej z bardzo dobrej zupy z kurczaka i herbaty z imbirem.

W niedzielę wyruszyliśmy na nieaktywny już wulkan, którego ostatnia erupcja nastąpiła w 1881 roku, powodując rozdzielenie go na 2 wierzchołki i zostawiając głęboki lej po środku. No i tutaj zaczęła się pierwsza przygoda. Nie dość, że trzeba było iść cały czas pod górę, to miejscami podejścia były bardzo niemiłe, po skałach, kamieniach i kamiennych blokach. W nocy padało więc w wielu miejscach było mokre, śliskie błoto i szło się przez to z duszą na ramieniu. Przyznam się szczerze, że miałam chwile zwątpienia, zastanawiając się, czy jednak w tej sytuacji nie zawrócić. Pomoc Adama była w tym przejściu naprawdę niezastąpiona. Bez niego bym sama tej drogi nie przeszła, zwłaszcza w miejscach pokrytych błotem. Pomimo tych przeszkód, warto było dotrzeć do końca, chociaż mięśnie po powrocie w dół były wyraźnie odczuwalne.

Podczas całej tej wyprawy spotkaliśmy po drodze dziesiątki młodych Indonezyjczyków, wędrujących całymi grupkami pod górę lub w dół. Fantastycznym było to, że wszyscy się do mnie uśmiechali, radośnie witali , pozdrawiali i wszystko to z ogromnym szacunkiem. Jedna z grup poprosiła mnie o wspólne zdjęcie i na zmianę dziewczyny a potem i chłopcy robili sobie ze mną fotki. Nie dziwota, po pierwsze byłam w tym czasie jedyną bladą twarzą, bo sezon turystyczny się jeszcze nie rozpoczął, no w końcu nie zawsze na takiej trasie spotyka się szalonego „dinozaura”, który próbuje im dorównać 🤣.

Ulgę i niewielką rekompensatę przyniosła kąpiel w gorących basenach termicznych i rewelacyjny masaż w pokoju.

Dzisiaj wyruszamy w kierunku dżungli.