W poniedziałek wyruszyliśmy z Berastagi w kierunku dżungli do wioski Ketambe w regionie Aceh.  Pomimo dystansu 230 km, przejazd zajął nam praktycznie cały dzień.  Jak zwykle nie obyło się bez przygód.
Po pierwsze okazało się,  że poprzedniego dnia w drodze na wulkan została uszkodzona opona i na początek należało zakupić nową. Trzeba jej było poszukać w innym mieście bo w Berastagi takiej jak była potrzebna nie było.  Zajęło to sporo czasu więc prawdziwy wyjazd był opóźniony.

Po drodze zajechaliśmy do wioski Lingga, którą zamieszkuje lud Mata Karo i gdzie do dzisiaj stoją tradycyjnie budowane kiedyś domy. Dominującą religią w wiosce jest tzw. religia Animise, czyli wiara w trzech bogów  – ziemi, powietrza i nieba. Budowane domy oddają cześć wszystkim trzem bogom – stoją na palach, w oddaleniu od boga ziemi,  z główną częścią mieszkalną, oddającą cześć bogowi powietrza i dachem oddającym cześć bogowi nieba. Mogło tutaj kiedyś mieszkać 8 rodzin, choć z uwagi na ilość członków jednej rodziny, ilość osób mieszkających razem, mogła dochodzić nawet do 35. W takich domach młodzi mężczyźni i młode kobiety spali ze swoimi rodzicami, a jeśli chłopak chciał się spotykać  z dziewczyną,  wywoływał ją grając na flecie pod oknem. Im któryś lepiej grał, tym miał większą szansę na zdobycie żony.  Dzisiaj oczywiście czasy się zmieniły, ale duża część tradycji pozostała z uwagi na samą religię,  która dalej jest aktualna. W wiosce żyje 5 klanów, pośród których są także chrześcijanie i muzułmanie, ale religia Animise jest przeważająca.

A potem już jechaliśmy i jechaliśmy z małymi  przerwami na papierosa,  kawę lub jakieś jedzenie.
Dotarcie do samego celu było bardzo trudne. Region ten doświadczył w październiku nieprawdopodobnej powodzi. Zniknęły nie tylko domy ale całe pod nimi place, budynki, drogi, mosty. Wielu ludzi straciło życie.  Do dzisiaj całe rodziny nie ma się gdzie podziać. Rząd indonezyjski w niczym nie pomaga. Widok podczas przejazdu przez te miejsca był wstrząsający i tym samym niełatwy.


Około 19.00 dotarliśmy do jednego z zachowanych podczas powodzi miejsc, gdzie mogliśmy się zatrzymać.  I tu mogę powiedzieć,  że warunki faktycznie spartańskie.  Trudno się jednak dziwić po takim kataklizmie. Bardzo prosty pokój i całkiem tradycyjna, indonezyjska łazienka. Oczywiście jakoś sobie z tym poradziłam,  bo jak nie ja to kto 😃 wychowana na namiotach i myciu w jeziorze, dałam radę.  Brak wygód właściciele rekompensowali uśmiechem, życzliwością i przemiłą reakcją na każdą prośbę. Za 3 noce koszt pokoju razem ze śniadaniem wyniósł 750.000 rupii czyli 161,00 zł.

Nazajutrz wyruszyliśmy do dżungli, ale tym razem miałam już większą obstawę. Trzech „bodyguards” pilnowało mnie przez dwa dni, gotując mi posiłki,  przygotowując kawę i herbatę,  szykując mi namiot jako miejsce do spania.  Młody chłopak pełniący funkcję kuchcika pięknie przyozdobił mi nawet wejście do namiotu podczas moich wędrówek po dżungli


No i sama dżungla,  jakże inna od tej w Bukit Lawang,  gdzie byłam 2 lata temu. Tam też było pięknie, ale po obecnym trackingu, odnoszę wrażenie,  że ta jest bardziej prawdziwa, a tamta jednak trochę bardziej komercyjna. Jeździ tam o wiele więcej turystów. Do Bukit Lawang jest bliżej z Medanu, i ta okolica jest bardziej rozreklamowana. Łatwiej jest tam spotkać nie tylko orangutany, ale także inne gatunki.
Tutaj dżungla jest inna. Nie ma praktycznie utartych ścieżek, a zwierząt się szuka długo.   Znalezienie ich nie jest taką prostą rzeczą,  bo tutaj to naprawdę dzikie zwierzęta,  które nie siadają nad głowami ludzi tylko trzymają się na czubkach drzew i nie szukają z nami kontaktu. Z wielkim trudem udało nam się parę zobaczyć, ale robienie im jakichkolwiek zdjęć czy wideo było ogromnym wyzwaniem. Za to faktycznie poczułam smak dżungli.  

Wieczorem na kempingu wspaniała kolacja przy ognisku, cudna atmosfera, pogaduszki z moimi opiekunami, odgłosy dżungli i rzeki, nad którą rozłożony był biwak. Noc w namiocie pełna odgłosów rzeki dżungli i niestety padającego od czasu do czasu deszczu. Muszę jednak stwierdzić, że i tak mieliśmy szczęście, bo obydwa dni w dżungli były słoneczne i dzięki temu ten tracking mógł się w miarę spokojnie odbyć, choć w wielu miejscach chodzenie było wyzwaniem.

Poranek wymarzony, bo bez szukania, pojawiła się nam samica orangutana z małym i buszowała nam nad głowami ok. pół godziny, zbierając niezbędne jej owoce pośród drzew. Wymarzony widok 🙂

Na koniec lunch z moją ekipą i powrót do miejsca zamieszkania. Jutro wyjeżdżamy w kierunku Jeziora Toba, gdzie pewnie spędzimy ze 3 noce. Znowu nas czeka bardzo daleka podróż, ale może podzielimy ja na dwa etapy.

A takie zwierzątko odwiedziło mnie, kiedy siedziałam sobie po południu na tarasie.