Z Ketambe wyruszyliśmy w kierunku Jeziora Toba. Podróż miała trwać ok. 10 godzin. Stwierdziłam, że to nie ma sensu.
Obraliśmy kierunek na północny odcinek Jeziora Toba, próbując coś ciekawego po drodze zobaczyć i jednak zrobić sobie przerwę w połowie tej drogi. Zupełnie nie było sensu tłuc się tyle godzin przez te w miarę wąskie i zatłoczone szlaki, których dodatkowo jakość pozostawia wiele do życzenia. Po drodze trafił się piękny wodospad i piękny widok na północną część jeziora.




Zjechaliśmy w dół, do małej wioski, gdzie przenocowaliśmy w małym pensjonacie. Po Ketambe , był już można powiedzieć na wypasie – w miarę normalna łazienka, ciepła woda i duży pokój. Bardzo sympatyczne otoczenie. Udało mi się w końcu, w ciepłej wodzie umyć głowę 🙂




Po śniadaniu wyjazd w dalszą drogę do portu na wschodnim brzegu Jeziora Toba. Wybraliśmy ten sposób przedostania się na wyspę, bo droga lądowa zajęłaby znowu ładnych parę godzin. Jezioro Toba jest ogromne. Ma 100 km długości, 30 km szerokości a jego głębokość sięga miejscami do 500 metrów . Powstało w wyniku ogromnego wybuchu wulkanu ok. 70.000 lat temu i jest największym jeziorem wulkanicznym na ziemi. Według niektórych teorii, erupcja ta wpłynęła na klimat całej planety i populację wczesnych ludzi. Pośrodku jeziora znajduje się wyspa, która podobno wielkością dorównuje Singapurowi. Objechanie jej drogą nadbrzeżną dookoła zajmuje ponad pięć godzin. Po drodze do portu obejrzeliśmy starą wioskę jednego z wodzów dużego klanu, zwanych tu królami, wypiliśmy świetną kawę w jakiejś kafejce i obejrzeliśmy pomnik tzw. Golden Fish – złotej ryby, charakterystycznej dla Jeziora Toba.






W porcie, do którego w końcu dotarliśmy, czekał tłum samochodów. Mój przewodnik nie zwrócił uwagi, że w piątek było jakieś święto i tym samym, w ten przedłużony weekend, tłumy indonezyjskich turystów, próbowały się dostać na wyspę. Kolejka do ferry była ogromna. Adam, mój przewodnik, zdecydował, że my we dwójkę popłyniemy na wyspę publicznym transportem, a nasz kierowca niestety będzie musiał zostać i poczekać na prom. Była to, jak się okazało, bardzo dobra decyzja, bo nasz kierowca dotarł na wyspę dopiero o 22.30.




W tej przeprawie na wyspę najbardziej interesującym było to, że publiczna łódź działała jak autobus i podpływała z pasażerami dokładnie pod hotel, w którym mieli rezerwację, płynąc tym samym wzdłuż wschodniej strony wyspy, wysadzając poszczególnych pasażerów. My też w końcu dotarliśmy do swojego. No i tutaj już faktycznie pełen luksus, aczkolwiek niestety to zupełnie nie mój klimat. Bardzo dużo gości, muzyka rozlegająca się zewsząd, w basenie ludzie pływający w ubraniach, bo populacja muzułmanów jest w Indonezji ogromna, wieczorem występy muzyczne. Mieliśmy tu spędzić 3 noce, objeżdżając w dnie okolice, ale już pierwszego wieczoru skróciłam ten czas do 2 nocy. Więcej bym nie zdzierżyła.


Następnego dnia wyjechaliśmy na zwiedzanie. Region Jeziora Toba jest domem grupy etnicznej Batak Toba. Ich kultura różni się bardzo od reszty Indonezji. Przeważają tu chrześcijanie, a ich domy są budowane z dachami w kształcie łodzi lub rogów bawoła. Charakterystyczne są tutaj także grobowce w postaci wieżyczek, które stawia się bardzo często przy domach. Najwyżej układane są kości przodków, a niżej młodsze generacje. Kości te, w 5 lat po pogrzebie są wyjmowane z grobów i przenoszone do wspomnianych grobowców. Pojechaliśmy zobaczyć taką wioskę króla. Oczywiście stanowi ona obiekt raczej już komercyjny, ale w dalszej drodze widzieliśmy tego typu domy, już naprawdę stare i będące ciągle w użyciu.




Gdzieś tam później na szlaku znalazł się punkt widokowy na jezioro, gorące źródła i przepiękny wodospad Sipiso-piso, gdzie woda spada z wysokości 120 metrów i widok jest niesamowity. Gdzieś w oddali, górowała nad wszystkim podobno najwyższa na świecie figura Jezusa Chrystusa – 67 metrów. Do hotelu wróciliśmy wieczorem.









