Po dwudziestu trzech dniach pobytu i objechaniu całkiem porządnego kawałka, opuściłam w końcu Sumatrę i 31 stycznia dotarłam na wyspę Flores, wchodzącą w skład Małych Wysp Sundajskich Wschodnich. Jest ona drugą co do wielkości wyspą należącą do tego archipelagu. Znana jest z tego, że posiada dwa parki narodowe Kelimutu i tak naprawdę cel mojej tutaj podróży – Komodo National Park.
Po tak właściwie słonecznej Sumatrze, Flores zaskoczyła mnie typową porą deszczową. Było to wyjątkowo nieprzyjemne zwłaszcza podczas przylotu, kiedy to z powodu ogromnego deszczu i praktycznie braku widoczności, samolot którym leciałam, zmuszony był do kołowania nad lotniskiem prawie 50 minut, gdyż nie miał możliwości lądowania. To moje pierwsze takie doświadczenie i raczej nie należało do najprzyjemniejszych. Dobrze przynajmniej, że samochód wysłany po mnie z hotelu, cierpliwie na mnie czekał i jakoś dotarłam na miejsce.
Nazajutrz spotkałam się z moim nowym przewodnikiem i kierowcą. Omówiliśmy sobie ogólny plan podróży po Flores i resztę tego dnia zostawiłam dla siebie. Te kilometry zrobione na Sumatrze jednak mnie trochę zmęczyły i taki dzień spokoju i relaksu dobrze mi zrobił. Tym bardziej, że udało mi się na Sumatrze złapać jakieś przeziębienie, prawdopodobnie podczas ostatniej wyprawy na morze i nie czułam się najlepiej. Na wszelki wypadek wykupiłam jakieś leki włącznie z antybiotykiem i który, jak się później okazało, był jednak potrzebny,
Flores zaskoczyła mnie nie tylko porą deszczową, ale także niespodzianką w postaci zamkniętego Parku Narodowego Komodo. Niestety, z uwagi na pogodę i nieciekawe warunki na morzu, Park Narodowy Komodo został zamknięty przez władze portowe i tak naprawdę, nie było wiadomo, kiedy zostanie ponownie otwarty. Krążyły pogłoski, że może 4 lutego się coś zmieni i dlatego postanowiłam poczekać. Żeby nie tracić czasu ruszyliśmy w teren dookoła Labuan Bajo po pierwsze wrażenia. Na początek – trzy wodospady w jednym miejscu, do których prowadziły kręte, wąskie ścieżki raz w dół, raz w górę, ale naprawdę było warto trochę się pomęczyć. Na szczęście tego dnia, przynajmniej do połowy, pogoda nam dopisała i mogliśmy je zobaczyć w pełnym słońcu.









Po południu szykowaliśmy się na piękny zachód słońca na plaży, ale o 4.00 po południu wygonił nas z niej deszcz. Udało mi się tylko popatrzeć trochę na morze i na „bezrobotne” łodzie, czekające tak jak i my na otwarcie parku. W nocy lało i grzmiało niemiłosiernie.


Ranek przywitał nas pięknym słońcem. W tym układzie pojechaliśmy najpierw na tradycyjny rynek warzywno-owocowy a potem na jeszcze jedną plażę. Tym razem nie tylko mogliśmy na niej posiedzieć, ale mogłam także w końcu popływać i pospacerować. Spędziliśmy też trochę czasu na pogaduszkach z turystami z Turcji. Pomimo pięknych zapowiedzi, zachodu słońca jednak znowu się nie udało zobaczyć. Na 20 minut przed zachodem, nadeszły czarne chmury i w krótkim potem czasie, już nie wiadrami, ale beczkami lały się strugi deszczu.









Wieczorem udało nam się jednak wpaść na nocny, rynek rybny, gdzie można było wybrać sobie coś ze skarbów morza i dać do przygotowania. Obejrzałam, ale niczego nie wybrałam.



Nie czekając już na otwarcie parku, wyruszamy w dalszą drogę. Wieczorem pożegnałam się z przesympatycznymi receptionistkami i poznaną tu parą Francuzów.



