I znowu jeszcze jedna tradycyjna wioska, odmienna od pozostałych. Tym razem obyło się bez ceremonii powitania, zarzucono mi tylko tradycyjny szal na szyję i można było już spokojnie wszystko oglądać. Tym razem domy wyglądały inaczej i co najważniejsze, były w dalszym ciągu zamieszkałe, w większości, przez starsze kobiety, zajmujące się przede wszystkim tkactwem. Jako ciekawostka – wszystkie żują betel, co powoduje, że ich zęby i usta są czerwone. Z tego co mówią, są od tego uzależnione. W tym plemieniu dla odmiany panował i panuje do dzisiaj matriarchat. Liderem plemienia była zawsze najstarsza kobieta i to ona trzymała w swoim ręku większość spraw związanych z codziennym życiem, wchodzących w skład plemienia, klanów. Inaczej niż w pozostałych plemionach, w tym przypadku to mężczyzna sprowadza się do żony i dołącza do jej rodziny, a nie kobieta idzie za mężem.

Architektura domów bardzo ciekawa, oddająca jednocześnie rolę poszczególnych osób jak i klanów w plemieniu poprzez umieszczone na dachach domów symbole i charakterystyczne elementy dekoracyjne. Gdzieś na najwyższym wzniesieniu w wiosce figurka Matki Boskiej, ale obok niej rozłożyste drzewo, które otacza opieką wioskę.

W drodze do wioski, mijamy górujący nad nią wulkan, ciągle aktywny i co ciekawe jest rodzaju żeńskiego i nazywany jest matką. Wszystkie wulkany zazwyczaj reprezentują rodzaj męski. Ten jeden jest kobietą.

Po południu wyjazd do gorących źródeł. Dwa naturalne baseny, do których gorąca woda wpływa prosto z podziemnych kanałów. Nad nimi unoszące się tumany pary. Można się było wygrzać za wszystkie czasy 🙂

Nazajutrz przed opuszczeniem Bajawy, krótki wypad do pobliskiego wodospadu, który spadając z ogromną siłą w dół, można powiedzieć, nawadniał całą okolicę. Robienie sobie tam zdjęcia nawet z większej odległości kończyło się całkiem słusznym prysznicem 🙂

A potem już droga jak zwykle przez góry i tysiące zakrętów do wioski Riung. Tym razem powrót do bungalowów i prostszego wystroju, za to w miłym otoczeniu i całkowitej, nocnej ciszy. Spałam jak zabita.

Rano pobudka o 6.15 i o 7.30 wyruszyliśmy wynajętą łodzią do morskiego parku narodowego nazwanego 17 Islands, czyli 17 wysp. W rzeczywistości samych wysp tyle nie ma, a istniejąca nazwa parku została nadana na cześć dnia, w którym Indonezja uzyskała niepodległość. Nastąpiło to 17 sierpnia 1945 roku. No i teraz rozpoczęła się morska przygoda. Płynęliśmy od wyspy do wyspy, zatrzymując się na puściutkich plażach, mocząc się w zielonych falach Morza Flores. Jedną z wysp zamieszkuje tysiące bardzo dużych nietoperzy. Wszystkie drzewa są dosłownie nimi oblepione. Nasz kapitan lekkim wystrzałem poderwał je do lotu. Widok był niesamowity. Wokół wyspy drzewa mangrowe.

Na którejś z wysp wspaniałe barbecue czyli grillowane ryby i kalmary, a potem przepyszny lunch złożony z ryżu, makaronu, marynowanych warzyw, pieczonych bakłażanów, sałatek i oczywiście podanych na tacy skarbów morza. Tak jak nie jestem fanką ryb, tak w tym przypadku jadłam, aż mi się uszy trzęsły 🙂 Wszystko było przepyszne. Na jednej z następnych wysp podane zostały owoce i kokosy pełne kokosowej wody. Wspaniała wycieczka.

Jutro ruszamy do Ende.