W czwartek, 19 lutego wróciłam do Labuan Bajo. Nie obyło się oczywiście bez przygód. Miałam przylecieć osiemnastego lotem bezpośrednim, trwającym godzinę. Niestety lot został odwołany z uwagi na brak odpowiedniej ilości pasażerów. W tym układzie nie było innej możliwości jak lecieć następnego dnia o 7.00 rano z przesiadką na wyspie Timor Zachodni, międzylądowaniu w Bajawie i po 5 godzinach dotarłam na miejsce, trochę z duszą na ramieniu, bo leciałam jakąś zabawką, zabierającą na pokład tylko 70 pasażerów, a nie prawdziwym samolotem 🙂 Za to widoki były fantastyczne.

Noclegi zarezerwowałam w tym samym hotelu, co na początku podróży. W godzinę później, dotarło młode małżeństwo z Czech z dwoma synami, zajmując pokój obok. Chemia zadziałała nam natychmiast. Od tej pory podróż na Wyspy Narodowego Parku Komodo planowaliśmy już razem. Mieliśmy szczęście , bo pogoda się trochę poprawiła i mogliśmy zamówić sobie jednodniową wycieczkę już na sobotę. Park był w końcu otwarty. Niestety, musiałam się w tym momencie ugiąć i wziąć wycieczkę przez agencję turystyczną, a tym samym popłynąć z dużą grupą. Koszt wynajęcia łodzi indywidualnie był zbyt wysoki. Wyprawa na Komodo była jednym z głównych moich celów podróży do Indonezji. Nie miałam innego wyjścia. Pocieszeniem było, że nie płynęłam tam sama w tym tłumie tylko już ze znajomymi mi ludźmi. W ten sposób było nam raźniej.

W sobotę o 5.30 zabrano nas z hotelu i przewieziono do portu. Zebrano nas tam do kupki, zarejestrowano i w końcu usadowiono w wyjątkowo dużej i bardzo szybkiej łodzi. Plan wycieczki był raczej napięty – lądowanie na trzech wyspach i nurkowanie też w trzech następnych miejscach. Widoki po drodze przewspaniałe – mijaliśmy po kolei większe i mniejsze wysepki z przepięknymi plażami. Pierwszy postój na wyspie Pulau Padar. Pobyt tutaj łączył się z trackingiem na szczyt góry, z którego był widok na najbliższą okolicę. Wchodziło się tam po jakiej dużej ilości schodów i uznałam, że tego typu wspinaczki mam już dosyć. Była to zresztą rozsądna decyzja, bo po tych schodach wspinały się dziesiątki przede wszystkim Chińczyków, przy których robienie jakichkolwiek zdjęć czy wideo staje się niemożliwe. Zostałam na dole, podziwiając wszystko z niższego pułapu.

Na następnej wyspie Dua Putra mieliśmy dłuższy postój. Można było popływać, ponurkować, podano nam lunch. Był czas na chwilę relaksu. Morze krystalicznie czyste, woda trochę chłodniejsza niż przy lądzie, warunki do nurkowanie idealne. Ponieważ nasza łódź była faktycznie bardzo szybka, udało nam się być tam trochę wcześniej od innych łodzi, które wypłynęły z portu razem z nami lub trochę po nas. Tym sposobem było luźniej w wodzie i na plaży.

A potem już była prawdziwa wyspa Komodo, od której pochodzi nazwa parku i która jest największą wyspą w tym dosyć dużym archipelagu. I to był ten główny cel podróży, bo w końcu przecież musiałam zobaczyć warany, nazywane tu smokami. No i tutaj nie obyło się bez poczucia komercji. Trochę to wszystko jest jednak przereklamowane. Niektóre mniejsze warany leżą już blisko plaży sprawiając wrażenie zwierząt wystawionych na pokaz, po to, by jednak turysta mógł je zobaczyć. Potem wcale nie taki długi spacer przez tereny leśne, żeby zobaczyć coś większego i powrót do łodzi. Całą wycieczkę przejęli tzw. rangersi, którzy na wszelki wypadek zaopatrzeni byli w długie kije z rozwidleniem na końcu. Podobno, w przypadku ataku warana, wystarczy złapać go tym kijem od góry za szyję i w ten sposób można go unieruchomić. Jakoś żaden z napotkanych waranów, nie wyglądał na takiego, któremu by się chciało łapać kogoś za łydkę, ale może się mylę 🙂 Pewnie, gdyby mu tę łydkę podstawić prosto pod nos, to może jakaś reakcja by nastąpiła, ale tutaj przewodnicy dzielnie pilnowali, żeby jednak za blisko do nich nie podchodzić. No dobrze, chciałam, planowałam, zobaczyłam, a że mam takie a nie inne odczucia, to już nic na to nie poradzę. Nigdy nie lubiłam podziwiania interesujących miejsc i zwierząt w tłumie i pewnie to też wpłynęło jak zwykle na mój odbiór całej tej imprezy. Innej drogi nie było – cel został zrealizowany – mission accomplished.

A potem już tylko trzy przystanki na nurkowanie w miejscach, w których pojawiają się przede wszystkim manty.

Jak się okazało mieliśmy z tą wycieczką ogromne szczęście. Ogromna burza w nocy z wielką ulewą i nagła zmiana pogody z soboty na niedzielę spowodowały, że park został, ze względów bezpieczeństwa ponownie od niedzieli zamknięty i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy będzie znowu otwarty, bo niestety od niedzieli, z krótkimi przerwami leje. Pora deszczowa wróciła w pełni. Wczoraj udało mi powłóczyć trochę po mieście i wrócić na 5 minut przed ulewą, a wieczorem, w przerwie pomiędzy deszczami, poszliśmy z Czechami na pożegnalną kolację, gdyż dzisiaj już odlatywali w dalszą drogę. Wypuściliśmy się na nocny rynek rybny, gdzie nam na miejscu zgrillowano wybrane przez nas świeże owoce morza. I oczywiście pod koniec kolacji dopadła nas tam taka ulewa, że musieliśmy wrócić taksówką. Ulice Labuan Bajo zamieniły się w rwące rzeki i jakim cudem ta taksówka nas dowiozła do hotelu, to nie wiem. Dzisiaj pożegnałam wspaniałą rodzinę Czechów z nieprawdopodobnie wspaniałymi synami w wieku 5 i 10 lat. Ja, która za dziećmi nie przepadam, zakochałam się w obydwu 🙂 I tak powoli zakończyła się można powiedzieć moja wyprawa do Indonezji. To co zobaczyłam i przeżyłam już zawsze będzie moje i nikt mi tego nie odbierze. Jeszcze dwa dni tutaj i w piątek, 27-go lecę do Tajlandii. Wszystko co dobre, niestety musi się kiedyś skończyć.

I to już ostatnia relacja z Indonezji.