Wczoraj nasi tajscy znajomi zabrali nas na wycieczkę do miasta Phuket i do miejsca zwanego Phromthep Cape. To drugie jest najpiękniejszym punktem widokowym na południowym wybrzeżu wyspy Phuket. Tutaj przyjeżdzają wszyscy, aby robić malownicze zdjęcia zachodu słońca. Tubylcy mówią, że wizyta tu jest wręcz obowiązkowa. Nie być tutaj, tzn. nie być na Phuket. Wyszło nam na to, że to jest tak, jak pojechać do Rzymu i nie widzieć papieża 🙂 Ponieważ nie miałyśmy wiele do powiedzenia w kwesti trasy wycieczkowej i my także zaszczyciłyśmy to miejsce swoją obecnością i własnoręcznie popełniłyśmy masę zdjęć, które grzecznie pokazuje także Wujek Google 🙂

Miejsce faktycznie jest urokliwe, gdyż z większej wysokości ogląda się panoramę morza i otaczającego go wybrzeża, natomiast nie można powiedzieć, aby było bezludne. Przelewa się przez nie, nie tylko jak się okazuje, fala turystów, ale przyjeżdżają tu też Tajowie. I oczywiście wszyscy robią zdjęcia. Większość nosi komórki na wysięgnikach i trzaska sobie selfie jedno za drugim. Myśmy tego sprzętu jeszcze nie zakupiły, ale nasza znajoma, której na imię jest bardzo prosto: Q (Kju) miała takowy na stanie i robiła nam zdjęcia gdzie się tylko dało 🙂 Chłopak Q ma na imię też prosto, bo Beer (czyli po naszemu piwo, co ułatwia nam zapamiętywanie 🙂 )

A to parę obrazków zrobionych przez nas:

U góry widać także latarnię morską, w której znajduje się muzeum oraz mały krąg do odmawiania modlitw i palenia kadzidełków.

Q zrobiła nam sporo wspólnych selfies, ale nie będę ich wrzucać, ponieważ Ewa (nie wiadomo czemu) jest całkowicie przeciwna ujawnianiu jej twarzy na stronach publicznych 🙂 Może kiedyś da się przekonać 🙂

img-20161127-wa0012

Ewa dała się przekonać i pozwoliła umieścić jeszcze parę zdjęć, na których jesteśmy razem z Q i Beer 🙂

Po krótkim pobycie na Phromthep Cape zostałyśmy porwane na nocny rynek w mieście Phuket.

W drodze na rynek:

Na rynku zaczęło się szaleństwo 🙂 Odbywa się on tylko w niedzielę. Zaczyna ok. 18.00 i trwa do 22.30. Przede wszystkim można tu kupić „home made” jedzenie. Z wystawionych na straganach produtów, sprzedawcy przygotowują wszelakiego rodzaju tajskie potrawy. Raj dla smakoszy,  urozmaicenie barw, zapachów i smaków. Pikantne, słodkie, z kolorowymi makaronami, z ryżem, w formie pierożków lub na patyczkach. W wielkich kociołkach gotowane zupy, mieszane wielkimi, tutejszymi chochlami. Podejmowanie decyzji w sprawie zakupów jest szalenie utrudnione. Chciałoby się spróbować wszystkiego, a żołądek jest tylko jeden. No i te ceny – od 30 do 100 batów za dosyć duże danie czyli od ok. 3 do 10 zł.

Nawet można było spróbować ogromnej golonki, która z wyglądu przypominała trochę naszą 🙂

Na drugą część bazaru składały się stragany z podarunkami. Ta część skojarzyła mi się z londyńskim Porto Belo 🙂