Po wielu dniach na plaży, dla odmiany wyruszyłyśmy na morze 🙂 Ale za nim do niego dotarłyśmy, czekały na nas dodatkowe atrakcje. Zaliczyłyśmy m.in. drogę łączącą Phuket ze stałym lądem, która jest tu, jak widać, pewnego rodzaju atrakcją pokazywaną turystom. Składa się z pięknego mostu dla pieszych, wręcż w formie promenady i osobnej cześci dla pojazdów. W programie wycieczki, oczywiście obowiązkowe przejście pieszo 🙂 Na końcu symboliczna brama witająca na stałym lądzie.

Pod mostem toczy się normalne życie 🙂 Ci Tajowie mogą faktycznie powiedzieć coś na ten temat.

Po drodze do morza – komercyjny park ze słoniami. Sam w sobie bardzo ładnie urządzony, dużo zieleni, mała restauracja, dwa stragany. Cześć osób z wycieczki idzie na jazdę. My z Ewą nie oglądamy nawet przewidzianych tu popisów w wykonaniu jednego z tych wspaniałych zwierząt. Już wiemy, że tresura ich nie należy do najprzyjemniejszych. Robię trochę zdjęć z terenu, mam także okazję pogłaskać samotnie stojącego po show aktora. Smutno wyciągnął do mnie trąbę i aż serce się kraje, gdy patrzy się na niego przywiązanego łańcuchem do słupa. Ale cóż, tak tu się robi pieniądze. W trakcie krótkiej przechadzki znajduję także inne zwierzaki.

W otoczeniu kwiatów dostajemy drobną przekąskę w postaci owoców i czegoś do picia.

Jedziemy w końcu do portu, z którego mamy wyruszyć na naszą wodną wyprawę. Główny kierunek to osławiona wyspa Jamesa Bonda. Tajowie są z niej bardzo dumni. To tutaj kręcono, w późnych latach siedemdziesiątych, słynny odcinek z Rogerem Moorem w roli głównej pod tytułem: Człowiek ze złotym pistoletem.

W porcie jak wszędzie ogromne drzewa mangrowe i czekająca na nas otwarta łódź, którą popłyniemy na wyspę.

Po drodze wspaniałe widoki mijanych wysepek i skał wyrastających prosto z morza

I pierwsze atrakcje. Dopływamy do pływających platform. Tam zostawiamy swoje rzeczy i wsiadamy do kajaków wyposażonych w wioślarza 🙂 I jak się potem okazuje, wioślarz jest niezbędny. To on wie, kiedy i w którym momencie przeprowadzić kajak pod potwornie niskimi sklepieniami skał, po to by wpłynąć na wewnętrznie utworzone między skałami jeziorka. Niesamowite uczucie. Leżymy w kajakach, a nosy nam się prawie ocierają o skały. Przy panujących tu przypływach i odpływach, taka przygoda może odbywać się tylko z doświadczonym wioślarzem. Samotne wyprawy mogą się raczej źle skończyć.

Jeśli chodzi o mnie, to była to najlepsza część tej wycieczki. Wspaniałe widoki, wspaniałe odczucia i poczucie ogromnej radości. Woda zawsze była moim żywiołem i z tej atrakcji cieszyłam się najbardziej. A najwspanialszym momentem było to, że na rozbujanej przestrzeni morskiej, nasz wioślarz przekazał mi wiosło i pozwolił samej osobiście powalczyć z żywiołem. Było cudownie.

Widoki wiszących nad głowami skał i spokojne tonie wód po wpłynięciu z rozkołysanego morza – bezcenne.

A potem w końcu osławiona wyspa. I jedno wielkie rozczarowanie. Sama w sobie oczywiście urokliwa ale to jedna wielka komercja. Do maciupkiego nabrzeża dobijają jedne za drugą dziesiątki łodzi, wysypując na ten skrawek setki turystów. W tym tłumie trudno się nawet poruszać i jest to jeden wielki koszmar. A jakby tego było mało, to większość powierzchni zajęły dziesiątki straganów, w których turysta może zakupić tzw. mydło i powidło. Tragedia. Jeśli chciałoby się obejrzeć tę wyspę w spokoju i naprawdę, to trzeba tam jechać o zupełnie innej porze roku. Podobno wtedy nie ma tam ludzi.

I ta komercja 🙂

Dalsza część podróży, to najsławniejsza wioska rybacka ulokowana na wodzie. I tutaj znowu tzw. zong. Może gdzieś tam w głębi istnieją prawdziwe domy rybaków, natomiast od frontu widać jedynie wiele stojących obok siebie na palach wielkich restauracji. Tutaj także serwują nam lunch. Nie powiem, całkiem dobry, ale znowu oglądamy coś zrobionego na pokaz. Gdzieś z boku udaje mi się pochwycić parę domków bez blichtru 🙂

I ostatnia atrakcja – SUWANKUHA TEMPLE – MONKEY CAVE. Warta tej drogi. Świątynia w środku góry z ogromnym posągiem leżącego Buddy, z możliwością wejścia wyżej do wnętrza powstałego w jaskini. Wspaniały widok i jakże bardziej naturalny od wybudowanych innych świątyń, kapiących złotem i przepychem.

I wyżej imponująca jaskinia z nietoperzami i innymi ptakami, tłukącymi się nad głowami

Po wyjściu ze świątyni odnajdujemy dziesiątki małp, żyjących tu na wolności, wiszących na skałach, drzewach i linach. Karmione przez wszystkich turystów, jedzą z ręki i generalnie nie boją się ludzi.

Wracamy do hotelu. Przed powrotem każda z nas dostaje pamiątkę (oczywiście nie za darmo 🙂 ) w postaci własnego zdjęcia w ramkach zrobionego gdzieś tam na trasie podróży 🙂

img_20170103_192545