Kilka dni temu moja tajska „siostrzenica” przesyła propozycję wspólnej wycieczki na Coral Island. W poniedziałek przylatuje, znany mi z poprzednich pobytów, jej najlepszy przyjaciel od dziecka i razem mamy wyruszyć w krótką podróż. Nie ma sprawy. Podróże z moją tajską młodzieżą są zawsze interesujące i pełne wrażeń, zwłaszcza wizualnych 🙂

We wtorek przyjeżdża po mnie w umówione miejsce minibus i zawozi mnie do przystani w Chalong. Tam po przejściu wszystkich procedur, czyli rejestracji, podania numeru paszportu a potem okazania go na specjalnym przejściu w oryginale lub kopii, wsiadamy małą grupą na katamaran. Do tego momentu wszyscy cały czas w maskach. Z uwagi na ciągły brak turystów, grupa liczy sobie może ok 25 osób i składa się raczej z Tajów i kilku Koreańczyków. Blade twarze są w liczbie 4, włącznie ze mną 🙂

Na katamaranie ładny podział na miejsca ze stolikiem po środku. Można wnieść swoje jedzenie i drinki. Większość osób korzysta z tej opcji, pomimo, że obiad na pokładzie jest zapewniony. Po wypłynięciu z przystani, maski znikają z naszych twarzy i można zacząć oddychać 🙂

Po drodze na Coral Island mijamy oczywiście pomniejsze wysepki i robi się coraz ładniej. W końcu nasza „łajba” cumuje w cudownym miejscu, gdzie można z niej wyskoczyć i pływając w szmaragdowej wodzie, pooglądać morską faunę i florę. Widać, że po dwóch latach pandemii, ryb jest więcej niż w poprzednich latach, aczkolwiek rafa ciągle pozostawia wiele do życzenia. Natomiast po raz pierwszy nie mam nic do zarzucenia załodze. Część z nich pływa z turystami, a dla tych którzy czują się niepewnie w tak głębokiej wodzie, zrzucona jest ogromna żółta platforma, której można się przytrzymać i którą kontroluje jeden z załogantów. Widać, że firma dba o klienta i nie pozostawia go samemu sobie, jak to bywało w kilku innych przypadkach.

Po dość długim czasie pozostawionym do pławienia się, dopływamy w końcu do Coral Island. Nasz spory katamaran dobija do czegoś w postaci plastikowego, niebieskiego, chybotliwego i długiego trapu, po którym musimy się dostać na miejsce. W przypadku mojej osoby, jest to lekkie przeżycie, bo to coś nie ma po bokach żadnych, chociażby sznurków do trzymania, o barierce nawet nie wspominając, a ja za takimi wrażeniami zbytnio nie przepadam. Jest to lekko śliskie, ugina się pod nogami i stanowi, przynajmniej dla mnie, lekkie wyzwanie. Przy pomocy mojej dzielnej młodzieży udaje mi się pokonać tę przeszkodę i w końcu stawiam stopy na stabilnym lądzie 🙂 Z tego co wiem, Tajowie poszli po rozum do głowy i już w wielu miejscach zbudowano właśnie takie platformy, ograniczając w ten sposób cumowanie wszelkich łodzi zbyt blisko linii brzegowej. I ma to naprawdę ogromny sens.

Mała, przecudnej urody wysepka (te małe są zawsze najładniejsze) zachwyca już od brzegu. Zielona woda, bielutki piaseczek, piękna roślinność, mało ludzi, mała knajpka, czyściutkie jak się później okazało toalety, możliwość wzięcia prysznica po pływaniu w morskiej wodzie. No żyć, nie umierać 🙂 Wspaniale spędzony czas na pływaniu, relaksie, pogawędkach.

Po paru godzinach wyruszamy w drogę powrotną z perspektywą obejrzenia zachodu słońca z morza pod osławionym miejscem widokowym na Phuket – Promthep Cape. Ta przyjemność nie udaje się do końca, bo z morza było widać, że nad lądem zbierają się potężne chmury i idzie nawałnica. Nasza załoga przyspiesza powrót, aby zdążyć zapakować swoich turystów przynajmniej do samochodów, zanim okrutnie zmokną. I to świetna decyzja, bo zaczyna lać zaraz po wyjeździe z przystani. Ulice zamieniają się w wartkie strumienie i jazda w tych warunkach przynosi sporo emocji. Na szczęście przed dotarciem do domu, ulewa się kończy i daję radę dotrzeć do siebie prawie suchą nogą 🙂

W środę młodzież zabiera mnie na lunch. Jedziemy w okolice Kata Beach, na południe Phuketu. Wybrana przez nich restauracja zlokalizowana jest wysoko na wzgórzach i dociera się do niej wąskimi drogami pnącymi się w górę i w górę. Towarzyszą nam nowe emocje, ponieważ nie tylko ja, ale i oni jadą tam po raz pierwszy. Natomiast sama knajpka warta wszystkich tych przeżyć i wszystkich pieniędzy. Rozciąga się z niej wspaniały widok na leżące w dole wybrzeże Phuket. Siedząc przy stoliku, napawać się można urokiem zieleni i morza. Rewelacyjne, prawdziwie tajskie jedzenie, przemiła obsługa, wszystko świeże, bo z własnego ogrodu. Dodatkowo kwota za naprawdę obfity lunch dla 3 osób wyniosła 600 batów, co stanowi ok. 75 zł!!!. No coś nieprawdopodobnego. Oni za sam widok powinni doliczać grube pieniądze 🙂

Uroczo spędzony czas z młodzieżą, która zadziwia mnie tym stale, że chce jej się ciągle spędzać czas z osobą „troszkę” starszą od nich 🙂 Jestem im za to ogromnie wdzięczna, bo nie da się ukryć, że dzięki nim poznałam tak wiele cudownych miejsc w Tajlandii.

I na koniec napotkane po drodze zwierzątka 🙂

PS. Ponieważ żadna ze wspólnych wycieczek nie może się obyć bez sesji zdjęciowych (wyprawa byłaby nie ważna) na tle których Tajowie mają też, podobnie jak Chińczycy, lekkiego bzika, wstawiam kilka zdjęć, zaznaczając jednocześnie, że zostałam do nich przymuszona i wbrew moim chęciom, rada nie rada, wzięłam w nich udział 🙂