Opuściłam trochę z żalem Seul. Mam wrażenie, że tym razem zaplanowałam zbyt krótki pobyt w dużym mieście. Może trzeba było poświęcić mu jeszcze parę dni, bo warto. Przede mną była wyspa Jeju lub inaczej Czedżu. Obie nazwy są poprawne. Z różnych opisów wynika, że jest to najpiękniejsza wyspa Korei Południowej, a niektórzy mówią o niej jako o cudzie świata. Główną atrakcją jest tu Góra Hallasan będąca uśpionym wulkanem. Do samego wulkanu nie dotarłam, ale tereny wokół schodziłam.
Ale od początku. Przyleciałam późno we wtorek, w środę praktycznie cały dzień padało, więc praktycznie wędrówki zaczęłam od czwartku. Niestety, wybrany przeze mnie pensjonat, w którym wynajęto mi 60-metrowy apartament, jest pięknie położony, natomiast trochę daleko od najbliższego miasta i możliwości ewentualnego znalezienia jakichkolwiek agencji turystycznych z propozycjami wycieczek. Trzeba było sobie radzić bez nich.


Pierwszego dnia wybrałam się na rekonesans po pobliskich parkach. Wyspa jest praktycznie zielona i znalezienie miejsc do takich spacerów nie sprawia trudności, a właściwie nie sprawiałoby, gdyby nie bardzo wysoka temperatura i wilgotność powietrza. Spacer dzięki temu odbywał się raczej w lekko skrajnych warunkach. Ale czegóż to się nie robi dla nacieszenia oczu widokami.







Drugi dzień poświęciłam na poszukiwanie dojścia do morza, które w końcu znalazłam, ale mowy nie było o zanurzeniu choćby stopy w wodzie morskiej. Ogromne, duże i małe kamienie broniły skutecznie dostępu do najmniejszego skrawka wody. Teren nadmorski otoczony parkiem z piękną roślinnością . Z uwagi na wyłącznie koreańskie napisy, znalezienie czegokolwiek w Korei nie jest rzeczą prostą, dlatego trochę mi zeszło, zanim dotarłam do brzegu morza.










Zastanawiałam się, przez te minione dni jak wyruszyć dalej, żeby zobaczyć coś więcej na tej wyspie niż tereny w zasięgu pieszych spacerów. W końcu zdecydowałam się wejść do pobliskiej knajpy i zapytać, czy nie mogliby kogoś polecić, kto by mnie zabrał samochodem i obwiózł po w miarę atrakcyjnych miejscach. I to była najlepsza opcja. Wczoraj rano zajechał po mnie starszy, uroczy pan, nie mówiący ani w ząb po angielsku, z którym porozumiewaliśmy się trochę przez tłumacza na telefonie i trochę na migi, a który przez cały boży dzień obwoził mnie po centralnych, północnych, wschodnich i w jakiejś części południowych terenach wyspy. I to już była bajka, Na początek Hallasan Park, czyli tereny otaczające słynny, uśpiony wulkan. Pamiętając przygodę na Sumatrze, przezornie na sam wulkan się nie wybrałam, natomiast zrobiłam dosyć długi spacer w kierunku ciekawych szczytów. Schody, kładki, mostki, strumienie, zielono.









Z Hallasam Park pojechaliśmy zobaczyć ogromną plantację gryki. Uprawy ciągnące się po horyzont. Tam też trzeba było choć trochę pochodzić.


W Parku Yeongsil przeszłam się drewnianymi trapami nad błotnistym i zasypanym głazami terenem, obserwując tamtejszą florę i faunę.







Po drodze trafiła się nam także ogromna stadnina koni i kawałek terenu, gdzie można było trochę przysiąść i odpocząć. Tutaj mój przemiły kierowca dopadł do mojego telefonu i narobił mi zdjęć 🙂 no i chyba miał do tego smykałkę 🙂






Na obiad jadłam coś, co trochę przypomina nasze szpitalne kleiki, a co jest narodową potrawą Koreańczyków. Podają to na śniadania, w chorobie (niczym u nas rosół 🙂 ) i jak widać na lunch można też to dostać. Ja w każdym bądź razie tego nie zamawiałam, aczkolwiek zjadłam ze smakiem, bo nie było to najgorsze.


Po lunchu wyprawa Seongsan Ilchulbong Marine Provincial Park. No i tu się zaczęło. Miałam już w nogach około 8 km, więc kiedy spojrzałam na górę i na plakat z zaznaczoną trasą, stwierdziłam – nie idę. Zrobię parę zdjęć z dołu i wystarczy. Upał 34 stopnie, słońce świeci jak szalone – nie będę się zabijać 🙂


Im dłużej jednak patrzyłam na tę górę i na jej okolice, tym bardziej nasuwało się wyobrażenie z niej widoków na otaczające ją morze i małe, portowe miasto. Mój cierpliwy kierowca, spokojnie czekał na moją decyzję. Trochę uśmiechnięty zachęcał, ale broń boże nie naciskał. On też sobie zdawał sprawę, że już zdążyłam w ciągu dnia kilka km zrobić. W końcu stwierdziłam – idę, najwyżej cofnę się z jakiejś części drogi, jeśli w pewnym momencie uznam, że nie dam rady wejść na sam szczyt. I zaczęłam, powiem szczerze, spore wyzwanie. Po w miarę łagodnym dojściu do początku drogi, okazało się, że do końca na szczyt prowadzi, z niewielkimi przerwami, tysiące, wąskich kamiennych schodów. Gdzieś po drodze, kamienne ławeczki ratowały życie. Z każdym „piętrem” widok w dół pojawiał się coraz piękniejszy. A co najgorsze, cofnąć bym się nie dała rady, bo schodzenie po tych schodach, byłoby raczej niebezpieczne. Idąc w górę, powtarzałam sobie ulubione przez Koreańczyków powiedzonko – „keep fighting”, co znaczy – walcz dalej 🙂 I tak, zmęczona, ale bardzo z siebie dumna, dotarłam na szczyt. Warto było!












Droga w dół, była już prostsza – tysiące schodów, ale drewnianych, po których schodziło się już w miarę normalnie.


Ostatnia atrakcja, to mała, ale piękna świątynia i koreański cmentarz.









Zmęczona, ale pełna wrażeń i emocji wróciłam wieczorem do domu. Wspaniała wycieczka. Plan zrealizowany. Pojutrze wylatuję do Pusan (Buzan).
