Dzisiaj praktycznie ostatni dzień w Buzanie. Może jeszcze jakiś krótki spacer i ostatni rzut oka na to miasto, a potem pakowanie bagażu. Wczoraj wspaniałe pożegnanie – dzień spędzony na górze Hwangnyeongsan Mountain, z której rozciągał się przewspaniały widok na cały Busan. Nie powiem, trochę się zmęczyłam, zanim dotarłam na ten szczyt, ale nawet przez moment tego nie żałuję. Naprawdę było warto. Spędziłam tam na górze prawie cztery godziny, czekając na wspaniały zachód słońca nad górami otaczającymi Busan. Dopiero stamtąd można było zobaczyć, że miasto jest położone w kotlinie i że nic dziwnego, że wszędzie jest w nim pod górę 🙂 Nie chciało się z tego miejsca odchodzić. Dużo pozytywnych emocji i ładowania akumulatora.















Jutro opuszczam Koreę i lecę po nowe przygody i wrażenia. W pamięci zostaną wspaniale przeżyte tutaj dni. To piękny kraj i kompletnie odmienny od mojej ukochanej Tajlandii. Inna sytuacja gospodarcza, inna infrastruktura, inny rozwój, inni ludzie i inne jedzenie. Kraj, który w widoczny sposób dba przede wszystkim o własne interesy i o własnych mieszkańców, a tym samym jest trochę trudny dla cudzoziemców. Odczuwa się to na każdym kroku. Pomimo, że roi się tu od turystów, nikt im tutaj życia specjalnie nie ułatwia. Wszystkie napisy są w języku koreańskim, wszystkie menu w restauracjach po koreańsku, rzadko gdzie można spotkać menu w innym języku. Owszem w autobusach i metrze zapowiadają w języku angielskim nazwy następnych stacji i czasami na wielkich, zielonych drogowskazach pokaże się w języku angielskim kierunek. Ale już na przystankach autobusowych nazwy następnych są po koreańsku i nie masz pojęcia, czy stoisz na przystanku w dobrą stronę czy w przeciwną. Czasami też, choć bardzo rzadko, w tych bardziej atrakcyjnych miejscach, pojawi się na tablicach, krótki opis w tym języku. Utrudniona jest także komunikacja – znajomość języka angielskiego jest raczej słaba. Nawet w hotelu, recepcja ogranicza się do prostych zdań, a na wyspie Jeju, właściciel mojego apartamentu mówił do telefonu, który tłumaczył mi wszystko na angielski. Powiem szczerze, że chyba nigdy nie korzystałam z tłumacza tyle, co przez te prawie trzy tygodnie. I trzeba przyznać, że nie odczuwa się tu żadnego faworyzowania cudzoziemców. Wręcz przeciwnie – czasami miałam dziwne wrażenie, że jestem intruzem, zwłaszcza w niektórych małych barkach.
Sami Koreańczycy są w większości zdystansowani. W przeciwieństwie do radosnej Tajlandii, nikt tutaj nie uśmiecha się do Ciebie na ulicy, nikt nie zaczepia wzrokiem, nikt nie mówi hello. Są oczywiście bardzo grzeczni, mówią dzień dobry na powitanie i dziękują za wszystko, ale zawieranie znajomości nie jest tu rzeczą prostą. Poproszeni o pomoc oczywiście pomogą w miarę swoich możliwości, ale po udzieleniu pomocy natychmiast kontakt się kończy. Myślę, że po części jest to spowodowane barierą językową, a po części wynika to z kultury tego narodu.
Ale pomimo niektórych ograniczeń Korea ma wiele wspaniałych rozwiązań, które mogą ułatwić życie cudzoziemcom, ale przede wszystkim ułatwiają życie mieszkańcom. Jest to rewelacyjny system komunikacji miejskiej, który pozwala na dotarcie praktycznie do każdego miejsca w miastach i w ich okolicach. Autobusy z napisem zero emisji podjeżdżają jeden za drugim. Wszystkie przystanki autobusowe z elektronicznym systemem informowania o przyjazdach konkretnych numerów. Tam gdzie nie może dojechać duży autobus, pozostałą część drogi jedzie się zielonym, małym 🙂



Wszędzie jest zainstalowany system alarmowy. Gdy my na przejściach dla pieszych naciskamy przycisk do włączenia się zielonych świateł, w Korei ten przycisk służy do wezwania pomocy i dlatego nie należy go naciskać. I te przyciski znajdują się wszędzie – na przystankach autobusowych, w metrze, na trasach turystycznych i nawet we wszystkich publicznych toaletach. Wszędzie można wezwać pomoc – coś niesamowitego. I tak przy okazji, jeśli chodzi o toalety – niespotykane w wielu krajach zjawisko – nieprawdopodobnie czysto!!!. I nie ma znaczenia, czy to jest toaleta w budynku, restauracji, małym barku na rynku, parkingu czy na trasie turystycznej. Wchodzisz, jest czyściutko, zawsze jest papier, zawsze jest mydło i woda do umycia rąk, żadnego brzydkiego zapachu i co najważniejsze, żadnej babci toaletowej. Wszystkie publiczne toalety są bezpłatne. Można jeszcze dodać, że praktycznie tak czysto jest wszędzie, pomimo, że nie znajdzie się tu na ulicach żadnego kosza na śmieci. Na ulicach leżą tylko pety od papierosów, których rano już nie ma. Wszystkie śmieci należy zabierać ze sobą i wyrzucać w miejscu pobytu.
Co do jedzenia – było różnie. Nie wszystko mi smakowało. W dużej mierze albo się tutaj jada grillowane potrawy albo bardzo sycące zupy z dostawionym ryżem. Co było w tych, które ja jadłam? Nie pytajcie, bo nie wiem. Wczoraj jadłam np. coś co mi akurat smakowało, w pewnym stopniu przypominało nasze flaki, ale swoją ostrością, chciało mnie zabić. Po trzech łyżkach przepalających gardło, potem spokojnie i wyjątkowo zjadłam wszystko do końca.

Z uwagi na konflikt z Koreą Północną nie działają tu praktycznie mapy Google, ale za to Korea ma swoją rewelacyjną mapę (wspominałam już ją wcześniej) o nazwie NAVER Map. Polecam ją każdemu, kto przyjedzie do tego kraju. W niejednym przypadku uratuje tzw. życie i wyprowadzi z najtrudniejszych sytuacji. Pokaże jak dojść, czym pojechać, na jakim przystanku wysiąść i posługuje się angielskimi nazwami. Bez niej samemu naprawdę trudno się poruszać.
Na koniec jeszcze temat dla palaczy. To nie jest dla nas dobry kraj 🙂 Palenie jest praktycznie zabronione wszędzie – wyjątek, to zwykła ulica, na której można skorzystać z tego „dobrodziejstwa” 🙂 , nie pali się w parkach, nie pali się w ogródkach kawiarnianych, na żadnej publicznej ławeczce, o jakichkolwiek wnętrzach nawet nie wspomnę. Idąc ulicami, trzeba bacznie patrzeć na ziemię, bo nie tylko na pasach występuje zakaz palenia, ale także wyłączone są czasami całe fragmenty ulic. Za palenie w niedozwolonych miejscach płaci się potworne kary.
Patrząc na te wszystkie strony Korei, ani przez chwilę nie żałowałam, że tu przyjechałam. To była bardzo dobra decyzja. Jestem zachwycona tym krajem, jego atmosferą, kulturą, zabytkami i nawet tą miejską cywilizacją. Jak nigdy podobało mi się zwiedzanie wielkich miast. Przez te trzy tygodnie przeszłam ponad 160 km po czasami dosyć trudnych trasach. Jeszcze przed wyjazdem, obiecałam sobie, że wszystko to, co możliwe, obejrzę na własnych nogach. Jestem z siebie dumna, że w tak dużym stopniu to mi się udało. Mission accomplished! – misja zakończona!
