I znowu wyruszamy w drogę. Tym razem będziemy się kierować na wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Przed nami była na początek droga przez wyspę do portu, skąd znowu promem mieliśmy się udać na ląd. To czym jechaliśmy trudno było nazwać faktycznie drogą. Coś bardzo wąskiego, gdzie dwa osobowe samochody mijały się na grubość lakieru, strome zbocza, dziura na dziurze. W jednym z miejsc, 8 miesięcy temu zarwał się mały most i jak do tej pory władze lokalne się tym nie zajęły. Ludność miejscowa, sama naprędce stworzyła, można powiedzieć drewnianą kładkę, po której bardzo powoli i ostrożnie można było przejechać samochodem. Na wszelki wypadek, żeby zmniejszyć ciężar, przeszliśmy to coś z Adamem pieszo, mając ogromną nadzieję, że nasz kierowca jest bezpieczny. Droga do portu w tych warunkach zajęła prawie 2 godziny. Jako ciekawostkę należy powiedzieć, że tutaj nie warto pytać się jaki jest dystans do celu – tutaj należy się pytać, ile to czasu zajmie. Długość trasy nie ma tu najmniejszego znaczenia.

Z portu wypłynęliśmy dużym promem na ląd i ruszyliśmy w kierunku miasta Barus. Jechaliśmy, jak dla dla mnie prawie polnymi drogami 🙂 przez ogromne góry, gdzie widoki wysokich zboczy, braku pobocza i tysiące zakrętów, w większości o 90 stopni, wywołały mi wręcz mdłości i wrócił lęk wysokości. Upewniłam się, że tą drogą wracać nie będziemy 🙂 Po drodze konieczne były jakieś postoje, żeby choć na chwilę od tego odpocząć.

Około 8.00 wieczorem dotarliśmy w okolice miasta Barus i do miejsca, gdzie był zarezerwowany nocleg. I tutaj cudowna niespodzianka. Prosty bungalow na samej plaży ze wspaniałym szumem oceanu, pośród pięknej roślinności, całkiem znośne warunki i całkowity spokój. Byliśmy jedynymi gośćmi. Niesamowita cisza, z dala od zgiełku muzyki i cywilizacyjnych hałasów. Spałam jak zabita. Rano obudził mnie szum morza i ptaki. Rankiem poszłam zanurzyć stopy w oceanie. Mieliśmy tu być jedną noc. Zostaliśmy na następną.

Następnego dnia znowu zachciało mi się zaryzykować.  Ciekawe, kiedy ten pęd do ryzyka mi przejdzie  😀 Zgodnie z rekomendacją wynajęłam łódź,  żeby popłynąć na widoczną z daleka małą wyspę.  Powiem szczerze,  że na jej widok, trochę mnie lekko zamurowało I przez głowę przeleciało krótkie pytanie: czy to jest jeszcze w stanie pływać. Okazało się,  że tak, chociaż w połowie drogi, kiedy zaczęło trochę więcej bujać,  świadomość tego, że siedzę w niej bez choćby najmniejszego kapoka, sprawiła, że poczułam się lekko nieswojo. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie i wróciłam bez szwanku. 

Wysepka była urocza i warto na nią było popłynąć. Urocza plaża z bielutkim piaskiem, puściutka, usłana muszelkami i kawałkami pięknie ubarwionych koralowców. Pozbierałam niektóre z nich, żeby się nimi nacieszyć,  chociaż wiem, że ich stąd nie wywiozę.  Woda była turkusowa i ciepła.  Nareszcie mogłam popływać. 

Powiem szczerze, że nie chciało mi się z tego miejsca wyjeżdżać, a jednak znowu następnego dnia ruszyliśmy na trasę.