W końcu pozwiedzaliśmy trochę miasto. Nie jestem fanem tego typu atrakcji, ale mogłam w końcu zrobić wyjątek. Bukittinggi leży w obrębie Kanionu Sianok Pely. Piękne zbocza kanionu widoczne są z wielu miejsc. W środku kanionu prowadzi ścieżka dla ambitnych, wypełniona podobno tysiącem stopni prowadzących w dół i w górę. Uznałam, że jak dla mnie jest to zbyt męcząca wyprawa i szanując zarówno swoje serce jak i nogi, wybrałam jednak punkt widokowy, z którego można było na ten kanion z daleka popatrzeć. Tym bardziej, że było to bardzo sympatyczne miejsce. Przy okazji, można tu było zwiedzić także japońskie bunkry, które ciągną się w głębi wzniesienia, a zbudowane zostały w czasie II wojny światowej, kiedy to Japonia okupowała te tereny przez prawie 3 lata. Na wchodzenie do się nie zdecydowałam.







Ruszyliśmy potem do małego fortu, pozostałości po Duńczykach, którzy przybyli na Sumatrę w XVII wieku z Jawy, gdzie już stacjonowali, aby pomóc tubylcom w walce z przybyłymi tu muzułmanami. Pozostałości po tamtym okresie są znikome, ale kawałek terenu na wzgórzu pozostał. Rozpościerał się stąd za to bardzo ładny widok na całe miasto. Całkiem dużym mostem, przeszliśmy z fortu na drugie wzgórze.





Po drugiej stronie czekało na nas małe zoo z praktycznie tylko indonezyjskimi gatunkami zwierząt. Indyjskie słonie i zebra raczej do tego towarzystwa nie pasowały. 😀 Przy okazji muszę wspomnieć, że robię tu za „celebrytkę” 😀 Jako jedna z niewielu białych w tym okresie twarzy, wzbudzam najwyraźniej ogromne zainteresowanie i obcy ludzie koniecznie chcą sobie zrobić ze mną zdjęcia. Są to albo młodzi ludzie i dzieci, albo przede wszystkim kobiety. Jeśli wszystkie te osoby wrzucą zrobione ze mną zdjęcia na Instagram, Facebook czy Tik Tok, to zrobię się sławna na całą Indonezję 🤣 W zoo poprosiło o zdjęcie małżeństwo z dzieckiem.








Z zoo wyszliśmy prosto na tutejszy rynek i przeszliśmy nim pod małą wieżę, zwaną tu Big Ben. Londyn to nie jest, ale wieżę z zegarem mają.



Potem znowu samochód i jazda do małej wioski z tradycyjnym budownictwem i domami z naleciałością duńskiej architektury. Nie obyło się bez wizyty u lokalnego artysty, zajmującego się wyrobami ze srebra. Jako typowa sroka nie byłam w stanie na to wyzwanie nie odpowiedzieć 😀




Drugi dzień pobytu przyniósł spore emocje. Pojechaliśmy obejrzeć wyścigi krów odbywających się na terenach, błotnych już, pól ryżowych, do których docieraliśmy dziwnymi drogami. No takich zawodów to ja jeszcze w życiu nie widziałam i z tego, co mi tu mówili, odbywają się one tylko na Sumatrze. Widok nieprawdopodobny. Biegnące przez błoto krowy, za nimi utytłani w błocie, najczęściej młodzi ludzie, tłumy dopingujacych widzów. Sposobu wybierania zwycięskiej krowy kompletnie nie zrozumiałam, bo zwycięzcą była oczywiście krowa, a nie jej właściciel. To one przekraczały metę, w wielu przypadkach same, pozostawiając swoich właścicieli w błocie. Chodziło im tam chyba o to, aby przebiec najdłuższą trasą w jak najkrótszym czasie, ale jak oni to liczyli, nie mam pojęcia.




Potem szybki objazd okolicy, karaoke w towarzystwie lokalsów, wieczorne ognisko i znowu następnego dnia w drogę.




Po półtorej godziny jazdy wjechaliśmy na tereny Harau Canyon. Widoki wspaniałe. Skaliste ściany, ciągnące się na dużych terenach, ładne ośrodki, wyjątkowo turystyczne miejsce w sezonie, który tutaj zaczyna się tak naprawdę w czerwcu. Ja mam oczywiście szczęście, bo teraz jest tu cisza i spokój. Znowu w bardzo fajnym miejscu zostaliśmy na 2 noce, zwiedzając okolice. Cena za przyzwoity bungalow wyniosła za noce 47 zł. Całość pobytu z bungalowem, kolacjami i praniem moich rzeczy wyniosła 120 zł. W niektórych przypadkach te ceny mnie zabijają 😂

















Dzisiaj ruszamy znowu w kierunku wybrzeża. To będą już ostatnie dni na Sumatrze.

Widok krowich rydwanów pozostanie ze mną na zawsze 🙂
PolubieniePolubienie