Opuściliśmy północne wybrzeże Flores i znowu przeskoczyliśmy na południe jadąc w kierunku miasta Ende, które podobno jest największym miastem na tej wyspie. Właśnie stąd pochodzą także moi dwaj towarzysze, czyli kierowca i przewodnik. Po drodze przystanek na Blue Stone Beach, gdzie w przeciwieństwie do innych plaż, ta jest pokryta milionami gładkich kamieni w kolorach turkusu, błękitu i czasami jasnego fioletu. Wszystkie te kamienie mają pochodzenie wulkaniczne, a ich kolory wynikają z zawartości minerałów, które pod wpływem wody morskiej stają się jeszcze bardziej intensywne. Wielu mieszkańców zbiera je i po dokładnej ich segregacji według kolorów, są one eksportowane do innych części Indonezji jak również za granicę, jako luksusowy materiał do dekoracji ogrodów i łazienek. Przy okazji, w restauracji nad brzegiem morza zjadłam ogromną porcję krewetek w przepysznym sosie za niecałe 10 zł.




W Ende znalazłam lokum w zupełnie pozbawionym innych gości w tzw. guest house, gdzie w spokoju spędziłam dwie noce, płacąc po 50 zł za jedną. W międzyczasie odwiedziłam indonezyjską klinikę, bo od przyjazdu na Flores przyplątało mi się jakieś przeziębienie, które próbowało mi dolecieć do oskrzeli. Stwierdziłam, że jednak lepiej na wszelki wypadek sprawdzić, czy mi nic poważniejszego nie grozi i czy będę żyć 🙂 Za wizytę w prywatnej klinice, gdzie zostałam dokładnie przebadana i za wykupione na miejscu leki wraz z antybiotykiem, zapłaciłam 68 zł!



Drugiego dnia pobytu poczułam się w dużym stopniu uhonorowana, bo zostałam zaproszona przez Horisa, mojego przewodnika, do domu jego rodziców. Zawsze w takich sytuacjach, gdy ktoś z lokalnej społeczności, zaprasza mnie do swego domu, czuję się szalenie wyróżniona i dowartościowana. Jest to dla mnie zawsze ogromne przeżycie. Wizyta była przesympatyczna, a rodzice Horisa przyjęli mnie bardzo serdecznie. Zrobiliśmy sobie trochę wspólnych zdjęć, a na pożegnanie dostałam tradycyjny szal ręcznej roboty. Z tego, co się później dowiedziałam, ofiarowanie takiego szalika oznacza radość z wizyty i okazanie gościowi dużego szacunku. Ja oczywiście też nie pojechałam tam z pustymi rękami. Rodzice Horisa mają dwanaścioro wnucząt, podrzucanych przez siostry i braci Horisa, więc dwie torby słodyczy, mam nadzieję, zrekompensowały jakoś moje nagłe przybycie 🙂



Wieczorem wybraliśmy się na punkt widokowy z nadzieją zobaczenia w końcu zachodu słońca. Z uwagi na porę deszczową i zazwyczaj popołudniowe zachmurzenia, jeszcze do tej pory nie udało mi się tutaj tego cudu zobaczyć. I tym razem była to także jakaś namiastka, ale za to widok rozświetlającego się już po zachodzie miasta, był fantastyczny.



Z Ende ruszyliśmy do Moni, małej miejscowości położonej na obrzeżach Narodowego Parku Kelimutu. Po drodze jak zwykle przepiękne widoki, a w planach było zwiedzanie w międzyczasie największej na Flores plantacji kawy i jeszcze jednej tradycyjnej wioski.



Na plantacji przywitała nas właścicielka, która pokazując krzaki kawy Robusty i Arabiki, opisywała istniejące pomiędzy nimi różnice zarówno w owocach, liściach jak i w procesach ich przygotowywania. Owoce różnią się przede wszystkim kształtem – Robusty są okrągłe a Arabiki – owalne. Zbiera się je ręcznie wybierając, już dojrzałe, czerwone owoce. Po bardzo dokładnej segregacji zebranych ziaren, w każdym procesie jest inny okres ich suszenia, wydobywania z łupinek i oczywiście palenia. Na koniec odbyła się degustacja świeżo parzonych rodzajów kaw, pochodzących z różnych procesów. Bardzo ciekawa lekcja poglądowa i faktycznie zupełnie inny smak kawy niż tej, kupowanej u nas w sklepach. Z lewej strony na zdjęciu są krzewy Arabiki a z prawej krzewy Robusty. Pośrodku owoce Robusty.





Potem jeszcze jedna tradycyjna wioska Wologai i jeszcze jeden rodzaj budownictwa, choć w pewnym stopniu podobny do poprzednich. Z uwagi na to, że w tej wiosce panował patriarchat, nie było już potrzeby oznaczania poszczególnych klanów symbolami, tak jak to było w poprzedniej, zarządzanej w formie matriarchatu. I o ile w poprzedniej, domy zamieszkiwane były ciągle przez starsze kobiety albo całe rodziny, o tyle tutaj była to raczej forma naszego skansenu.



W końcu dotarliśmy do Moni, gdzie w bardzo sympatycznym pensjonacie, w końcu napotkałam trochę bladych twarzy. Niespodziewanie zebrało się tu międzynarodowe towarzystwo – pięć osób z Francji, para z Węgier, para z Wielkiej Brytanii i ja. Właściciel pensjonatu ugościł nas (oczywiście płatną) bufetową kolacją z przepysznym jedzeniem i już samoistnie napoił nas tutejszym bimbrem czyli indonezyjskim arakiem. Robi się go z kwiatów palmy kokosowej lub z trzciny cukrowej i nie powiem, podobnie jak nasze wyroby, trzyma swoje procenty :). W tym międzynarodowym gronie spędziliśmy uroczy wieczór.





Rano, po śniadaniu wyruszyliśmy do Parku Kelimutu. którego główną atrakcją jest wulkan Kelimutu, na szczycie którego znajdują się trzy przepiękne jeziora kraterowe. Zmieniają one kolory w sposób nieprzewidywalny, zależnie od procesów chemicznych zachodzących pod wpływem gazów wulkanicznych. W minionych latach kolory tych jezior zmieniały się kilkakrotnie. Zdjęcie tablicy pokazuje jak zmieniały się kolory w poszczególnych latach i jak to wygląda obecnie. Niestety, pomimo porannego wyjazdu nie udało nam się zobaczyć jeziora czarnego. Chociaż wspięliśmy się na sam szczyt, przygnane przez bardzo mocny wiatr chmury, całkowicie zasłoniły widok położonego w dole jeziora.
Z jeziorami związana do dzisiaj jest wiara, że są one miejscem spoczynku dusz zmarłych. Do każdego z tych jezior trafiają inne dusze – ludzi starych do jeziora czarnego, młodych mężczyzn i panien do jeziora zielonego oraz złych duchów, czyli ludzi, którzy zeszli na złą drogę – do jeziora niebieskiego. I mimo, że członkowie plemienia (bo podział na plemiona dalej w Indonezji egzystuje) zamieszkującego te tereny są w większości chrześcijanami, wiara w to, że dusze zmarłych odchodzą po śmierci do tych jezior, jest ciągle aktualna.






Po drodze do Maumere jeszcze jedna atrakcja. Ukryta w głębi od głównej drogi i pusta całkowicie w tym okresie, przepiękna plaża Koka Beach. I znowu widoki, których słowa na dadzą rady opisać, a jej uroku tak naprawdę żadne zdjęcia nie oddadzą.





I na koniec Maumere. To ostatni etap mojej podróży po wyspie Flores. Tym razem na zakończenie wybrałam na noclegi rewelacyjne miejsce nad samym morzem, gdzie szum fal utula mnie do snu. Żadnych skuterów i samochodów. W ośrodku jestem jako gość jedyna. Świetny bungalow z tarasem i widokiem na odbijające się od brzegu fale. Mam tu wszystko, co jest mi potrzebne do wypoczynku, na dodatek z odrobiną luksusu. I to wszystko za 120 zł. za noc. Gdyby nie szum fal, panowałaby by tutaj idealna cisza.





Wczoraj ostatnia wycieczka do typowej wioski rybackiej. Co jest charakterystyczne w Indonezji, wybrzeża wysp okupują w większości muzułmanie. Zajmują się głównie rybołówstwem i sprzedażą produktów nie tylko na terenie poszczególnych wysp, ale także handlują z innymi krajami. Niestety, bogactwa szczególnego tu nie widać. Niektóre domy, tak jak tutaj, budowane są na palach na skraju morza. Wszędzie widać suszące się ryby. I niestety wokół potworne ilości śmieci. To jedyne miejsce na Flores, gdzie widok śmieci mnie oszołomił. Czy bieda musi kojarzyć się z brudem?









Po wycieczce do wioski rybackiej, pożegnałam dzisiaj swoich towarzyszy, z którymi przejechałam praktycznie przez całą wyspę. Zjedzona wczoraj wspólnie kolacja i wypita razem butelka wina zakończyły moją podróż z dwoma fantastycznymi, młodymi ludźmi. Miałam doskonałą opiekę, zdobyłam ogromną wiedzę na temat życia, zwyczajów i tradycji, odwiedziłam najpiękniejsze miejsca na Flores. Jeśli ktokolwiek wybierze się kiedyś na Flores, z czystym sumieniem, mogę zarekomendować zarówno kierowcę jak i przewodnika. Horis to młody, inteligentny człowiek po studiach, z ogromną wiedzą na różne tematy. Spokojnie porozumiewa się w języku angielskim, niemieckim, hiszpańskim i francuskim. Dody niestety nie mówi po angielsku, ale jest za to świetnym, spokojnym i opanowanym kierowcą, co na tutejszych drogach przez góry i pełnych zakrętów, ma naprawdę ogromne znaczenie. Obydwaj przesympatyczni i z dużą kulturą osobistą. W razie potrzeby, można się kontaktować ze mną prywatnie, to przekażę na nich namiary.



Ja natomiast, po wielu setkach kilometrów zostałam jeszcze na chwilę w ośrodku i przez moment odpocznę. W środę osiemnastego lutego lecę na parę dni znowu do Labuan Bajo. Ciągle nie zobaczyłam Komodo, bo Park Narodowy był zamknięty. Mam nadzieję, że tym razem mi się to uda. Jeśli w końcu wyjdzie mi ta wycieczka, to Komodo zakończy moją przygodę z Indonezją. Było przepięknie. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej tutaj ani na Sumatrze. Przejechałam jakąś masę kilometrów i może jedynie to chwile spędzone w samochodach były z jednej strony trochę zbyt męczące, ale z drugiej strony widoków jakie miałam przed oczami długo pewnie nie zapomnę.

Brzmi to wszystko jak pożegnanie z Flores. Czym w gruncie rzeczy chyba jest.
PolubieniePolubienie
No powoli trzeba się będzie żegnać 😀
PolubieniePolubienie