Po spędzeniu w sumie 13 godzin w jednym samolocie i praktycznie nieprzespanej nocy, wylądowałyśmy w końcu w Bangkoku z ogromnym opóźnieniem i z perspektywą spóźnienia się na następny samolot w kierunku Phuket. Jedynym pozytywnym zjawiskiem w czasie tego lotu był przecudowny widok wschodzącego słońca.
Samo lotnisko w Bangkoku jest ogromne. Transfer z przylotów międzynarodowych na odloty krajowe zajął potwornie dużo czasu i kosztował sporo nerwów. Zdążyłyśmy w ostatniej chwili. Po wielkim Aerobusie ukraińskich linii lotniczych, bardzo miłą niespodzianką okazał się samolot lini THAI. Dużo miejsca, przestrzennie, urocze tajskie stewardessy, napoje, kanapki no i tylko godzina lotu 🙂
Z lotniska zabrała nas zamówiona wcześniej z pomocą hotelu taksówka. I jeśli komuś się wydaję, że był to już najłatwiejszy fragment podróży, to jest w dużym błędzie. Na nieszczęście przyleciałyśmy w czasie, w którym Tajowie kończą pracę i wracają do domów. Jezdnie opanowane zostały przez jadące jeden za drugim samochody i przez tysiące, miliony skuterów. Rzeka pojazdów. I już nie będę narzekać na nasze korki 🙂 Jakimś tylko cudem dotarłyśmy do hotelu. Nasza podróż trwała ponad 25 godzin, ale w końcu byłyśmy u celu.

Przyjaźnie powitane w hotelu, po niezbędnym zmyciu z siebie tych wszystkich godzin podróży, zapadłyśmy w sen niedżwiedzia, nie zwracając uwagi na to, że w Polsce jest właśnie godzina 16.00. Tu była już 22.00 🙂
