Pierwsze wyzwania – strefa czasowa. Kiedy tu generalnie ludzie zaczynają iść spać, w Polsce niektórzy jeszcze nie mają zamiaru wyjść z pracy. Nie przypominam sobie, abym chodziła spać o 16 czy nawet 17 godzinie. Pierwszą noc przespałyśmy, bo trudno było nie paść po 25 godzinach uciążliwej podróży. Ale wczoraj zaczęły się schody. Moja natura nocnego marka stwierdziła, że chodzenie spać o takiej porze jest wysoce niewskazane. Zgodnie z moim zegarem biologicznym powinnam iść tutaj do łóżka najwcześniej o 6 rano, bo to przecież dopiero godzina 12.00 w nocy w Polsce. Udało mi się zasnąć o piątej nad ranem tutejszego czasu i o 8.30 już byłam na nogach. I dalej egzystuję, chociaż jest już 21.58. Czy jestem śpiąca? Nie i to jest najgorsze. Zobaczymy jak długo ten mój paskudny charakter przestawiać się będzie na nową strefę czasową.
Dzisiaj pierwszy kontakt z wodą i tak naprawdę z plażą. Pomimo sporego zachmurzenia, jakie dzisiaj było praktycznie przez cały dzień, wejście do wody było porównywalne z wzięciem ciepłego prysznica w hotelu. Pływałam już w różnych morzach, ale w takiej zupie mnie jeszcze nie było. Miejscami zalewały mnie prawdziwie gorące fale. Dopiero około godz. 16.00 wejście do wody pozwalało lekko odczuć różnicę pomiędzy temperaturą wody i powietrza.
Po siedzeniu w cieniu, przy zachmurzonym niebie, z zaskoczeniem w hotelu dopatrzyłyśmy się na sobie poważnych śladów opalenizny. Kiedy? jak? nie wiadomo. To co będzie przy pełnym słońcu? Pomimo tego zachmurzenia – nie padało 🙂
