Zarówno książki Karen Blixen jak i późniejsza ekranizacja Pożegnania z Afryką towarzyszyły mi przez długie lata. Wstyd się przyznać, ale jeśli chodzi o tę pozycję, to opłakana została zarówno za każdym razem książka jak i do dzisiaj łezka kręci mi się w oku, kiedy po raz kolejny oglądam film. Zakochałam się w tej atmosferze, zakochałam się w krajobrazach, nabrałam gruntownego przekonania, że muszę to zobaczyć. Tym samym, nie darowałabym sobie, gdybym nie zobaczyła odrestaurowanej hacjendy Karen Blixen i choć przez chwilę nie nacieszyłabym oczu widokiem tego miejsca.
Dzisiaj Ann zabrała mnie tam, a przemiły przewodnik opowiadał nam ponownie, znaną już w dużej mierze historię.
Historia, którą opisała w książce jest prawdziwa – jej pierwszy rozwód, jej powtórne małżeństwo, spotkanie na swej drodze Denysa Fincha Hattona, przyjaźń z Somalijczykami i Masajami, jej wszystkie kłopoty ze zdrowiem, z plantacją kawy, koniecznością wyprzedaży wszystkich rzeczy, śmierć Denysa w wypadku lotniczym i ostateczne pożegnanie w 1931 roku z Kenią. Nigdy do niej nie wróciła. Jej dom przechodził różne koleje losu, aż w końcu dzięki rządowi duńskiemu, który ostatecznie odkupił ten teren wraz z domem od ostatnich właścicieli i sprezentował go w 1963 roku rządowi niepodległej już Kenii, jak również zachowanej liście osób, które brały udział w licytacji wyposażenia domu przed jej wyjazdem, udało się odzyskać z czasem większość sprzętów i mebli, które do niej należały i ponownie wyposażyć jej dom noszący teraz nazwę Muzeum Karen Blixen. Ten prezent powiązany został ze specjalnymi środkami finansowymi, dzięki którym powstał na tym terenie w 1966 r. college dla kobiet, wspierający ich edukację.
Dom, w którym mieści się teraz muzeum, zbudowany został przez szwedzkiego inżyniera w 1910 roku, który przyjechał do Kenii z zamiarem założenia plantacji kawy. Niestety nie udało mu się stworzyć firmy, która byłaby opłacalna i w 1916 roku złożył ofertę sprzedaży domu wraz z całą ziemią firmie Karen Coffee Company Limited. Po zawiłych negocjacjach umowa została podpisana w 1917 roku, w którym to Karen objęła w posiadanie tę wspaniałą posiadłość. Przez lata jakie tu spędziła, przyjmowała w tym domu wielu znakomitych gości. W 1928 roku był tu nawet na obiedzie Książe Walii.



Na początek można było zobaczyć pochodzące z tamtego okresu wszelkiego rodzaju urządzenia, których używano w tamtym czasie. Są oryginalne i pozwalają wyobrazić sobie pracę na plantacji kawy.






Przed wejściem do domu ciągle rosną zasadzone przez nią drzewa, które niedługo będą miały po 150 lat. Wokół oczywiście wiele kwiatów, choćby dlatego, że je bardzo kochała.





Przepiękne, wnętrza sprawiają, że bardzo łatwo jest się przenieść w czasy kolonialne i poczuć atmosferę tamtych lat. Zdjęcia robione z ukrycia, bo Narodowe Muzeum Kenii zabroniło je robić w środku domu i dlatego jest ich niewiele.






A potem już tylko kilka zdjęć na tyłach i od frontu domu, bo te można było robić spokojnie.





Wspaniała i zarazem smutna historia w cudowny sposób opisana swego czasu przez autorkę. Najwspanialsze jest jednak to, że nie została zapomniana.
Po pełnej uroczych wrażeń wycieczce, Ann zabrała mnie do lokalnej restauracji, gdzie podano nam takie ogromne talerze lokalnego jedzenia, a o którego nazwę nawet mnie nie pytajcie. Ważne, że było dobre, ale nie do przejedzenia 🙂

Dzień zakończył się drobnymi zakupami i tak minął nam babski dzień 🙂

Cudowne przezycia i wspaniale wspomnienia tamtych lat. Olenka, moze czas zebys zaczela zbierac wszystkie swoje notatki ze swiata i wydac je w wydniu ksiazkowym. Pisze je sercem i pasja. Juz sie pisze na egzemplarz przezyc i spostrzezen z twoich podrozy. Ciesz sie chwila . Pozdrawiam serdecznie i zycze pieknych chwil. Enjoy Your trip ❤
PolubieniePolubienie
Dziękuję Jagusiu 🙂 może kiedyś faktycznie coś z tym zrobię 🙂
PolubieniePolubienie