Pattaya – jedno z najsłynniejszych miast Tajlandii, słynące przede wszystkim z sexturystyki. Wielu turystów przyjeżdża tu w jednym, konkretnym celu. Miasto, które budzi się nocą, rozbrzmiewając muzyką i gwarem barów i dyskotek. Poruszanie się o tej porze samochodem graniczy z cudem. Znalezienie miejsca na zaparkowanie wymaga dużej cierpliwości i samozaparcia.

Ulice wypełnia tłum turystów zwłaszcza tzw. Walking Street.

Od jakiegoś czasu wojsko i policja podjęła chyba trochę nierówną walkę, próbując tu jednak wprowadzić nowe porządki i zmienić choć w małym stopniu opinię o tym mieście.

W dzień Pattaya wygląda całkiem niewinnie 🙂 Ot, po prostu duże miasto z normalnym ruchem ulicznym, firmami, sklepami i różnymi atrakcjami.

Najmniejszą atrakcją tego miasta jest plaża. Zgodnie z nowym tajskim rozporządzeniem, zarządza nią samorząd. Nie ma tu, jak na Phukecie, prywatnych przedsiębiorców oferujących leżaki i parasole. Cała infrastruktura należy do państwa i codziennie rozkładane i składane są tu identyczne leżaki i parasole. Wprowadzono zakaz palenia na plaży a sama plaża jest w pewnym stopniu sprzątana, zwłaszcza po nocnych ekscesach. I wszystko może byłoby ok, gdyby nie to, że ciagnie się na bardzo dużej przestrzeni wzdłuż dosyć ruchliwej ulicy. Można powiedzieć, że siedząc na tych leżakach, siedzi się na ulicy. Ale jak to mówi Q, turyści nie przyjeżdżają tu na plażę 🙂

Z Pattayi wracamy do Si Racha. Po drodze lunch w przydrożnej jadłodajni. W głębi ustawione stare drewniane tuk-tuki 🙂

W końcu hotel w Si Racha i moje wolne popołudnie. Idę pochodzić po okolicy, wpadam na masaż i do fryzjera 🙂

Si Racha to miasto przemysłowe, w szczególności z rozwinięta strukturą przemysłu stoczniowego, położone nad Zatoką Tajlandzką. Znajdujący się tu port Laem Chabang jest jednym z 20 największych portów na świecie.

W niedzielę wyruszamy na Koh Si Chang, małą wyspę w pobliżu Si Racha. Tym razem nie będziemy pływać tylko zwiedzać. Lokalnym środkiem transportu płyniemy na wyspę, mijając po drodze wiele statków stojących na redzie.

Wyspa słynie przede wszystkim z mieszczącego się tu kompleksu pałacowego (trochę to pojęcie w tym przypadku jest zawyżone) wybudowanego na wyspie w 1892 roku przez Króla Chulalongkorn (Rama V). Podobno za czasów swojej świetności stało tu dużo różnego rodzaju budynków, w tym wspaniały pawilon otoczony ogrodami, stawami, ścieżkami spacerowym i prywatnymi plażami. Główna, trzy piętrowa rezydencja zbudowana była z drewna tekowego. Po inwazji Francuzów w 1900 roku, główna rezydencja została rozebrana i przeniesiona do Bangkoku, gdzie podobno stoi do dzisiaj. Teraz można oglądać jedynie pozostałości po tej rezydencji. W altance na wzniesieniu pomnik siedzącego Króla Ramy V.

Jest tu też piękny punkt widokowy, gdzie często bywał ówczesny monarcha. Dzisiaj stoi tu ogromna figura żeglarza wypatrującego przybyszów z morza.

Drugą atrakcją wyspy jest świątynia, z której korzystają mieszkańcy wyspy, a w której raz do roku odbywa się specjalna ceremonia. Trafiamy właśnie na ten dzień. Na wyspę ciągną tłumy. Świątynia i jej przyległości usytuowane są na szczęście w pobliżu przystani, więc cały ten tłum kłębi się praktycznie na brzegu a w głębi wyspy jest spokojnie i cicho.

W międzyczasie oczywiście lunch, złożony przede wszystkim ze świeżych owoców morza.

No ale nie wszystko okazało się być takie piękne. Po raz pierwszy w Tajlandii dopadły mnie dolegliwości żołądkowe. Wynik jakiegoś jedzenia z dnia poprzedniego i pomoc lekarska jest niezbędna. Lądujemy w wyspiarskim szpitalu. Dostaję zestaw leków i niestety wracamy na ląd, bo dalsze zwiedzanie jest niemożliwe.

Przypadłość daje się na szczęście opanować praktycznie do rana i po południu następnego dnia jestem gotowa na dalsze zwiedzanie. Jedziemy na Khao Sam Muk czyli górę małp. Jedna z atrakcji w tym mieście. Czeka tu na nas przy drodze dziesiątki małp różnej wielkości, siedzących przy drodze i wyglądających jedzenia. Stawanie w tym miejscu samochodem i nie daj Boże otwieranie okien grozi utratą mienia i inwazją nieproszonych pasażerów. Małpki siadają na samochody, zaglądają przez szyby, próbują jeść uszczelki. A wszystko dlatego, że karmione w tym miejscu przez wiele lat, nie są już w stanie zdobywać pożywienia samodzielnie. Żeby mogly przeżyć wzięto je na państwowy wikt wsparty jedzeniem rzucanym przez turystów.

Po tej wizycie, dłuższy relaks na miejskiej plaży, która podobnie jak ta w Pattayi, zagospodarowana jest przez miasto i podobnie jak tam, zlokalizowana tuż przy ulicy.

Wieczorem pożegnalna kolacja z rodziną Q w knajpce prowadzonej przez przyjaciela ojca Q, który często towarzyszy nam przy stole. Wspaniałe jedzenie, cudowny nastrój.

Jutro wyruszamy w drogę powrotną. Wracamy na Phuket.